piątek, 8 marca 2013
Dzień Kobiet, Dzień Kobiet, niech każdy się dowie... :-)
Ja ze swojej strony składam najserdeczniejsze życzenia dla wszystkich moich czytelniczek. Życzę Wam dużo zdrowia, szczęścia, radości i uśmiechu na każdy kolejny dzień. Niech Wasi Panowie będą dla Was pociechą i wsparciem na każdy dzień - a nie tylko tak od święta. Z drugiej strony same najlepiej wiecie czego pragniecie - i spełnienia tych pragnień życzę wszystkim Wam i każdej z osobna.
Pozdrawiam serdecznie i do przeczytania :-)
czwartek, 7 marca 2013
Nieco o przyjaźni...
Witam!
Nie wiem na ile mi się uda opisać to tak szczegółowo jakbym chciał, ale przynajmniej podejmę próbę. Jeśli kiedyś uznam, że nie przelałem wszystkich swoich przemyśleń w tym zakresie na klawiaturę, to zawsze będzie dobra okazja do tego, aby powrócić do tematu.
Dzisiaj postanowiłem "naskrobać" parę słów na temat mojego poglądu na przyjaźń - w tym damsko-męską. Tak - to właśnie ta relacja, która podobno jest niemożliwa i zawsze jest pełna ewentualnych podtekstów. Kiedyś sam się nad tym zastanawiałem i biorąc pod uwagę, że uwielbiam przełamywać pewne stereotypy i nie zgadzać się niekiedy z tym co wszyscy uważają za pewnik, doszedłem do wniosku, że takowa przyjaźń jest jak najbardziej możliwa. Pewnie część z Was odpowie, że tak - ale zaraz przyjdzie refleksja czy z czasem ta przyjaźń nie wyewoluuje w coś więcej - coś co będzie można uznać przynajmniej zalążkiem jakiegoś uczucia bliższego miłości niż przyjaźń.
No bo czym w końcu jest ta cała przyjaźń? Moim zdaniem jest to taka relacja dwojga ludzi, która sprawia, że dla tej drugiej osoby jest się w stanie zrobić praktycznie wszystko (no oczywiście z pewną mocną granicą rozsądku przy tym wszystkim). Wiele razy spotkałem się z czymś co teraz śmiało mógłbym określić pseudo-przyjaźnią. Zwłaszcza patrząc na te relacje z pewnej perspektywy - zwłaszcza czasu. Wiem, że przyjaźń to bardzo mocne słowo, którego ludzie starają się mimo wszystko unikać. Zwłaszcza Ci ludzie, którzy mają świadomość tego jak mocna i prawdziwa jest to relacja dwojga ludzi. Niestety w dzisiejszych czasach mamy coraz częściej do czynienia z tą pseudo-przyjaźnią. Te ograniczenia dotyczący granicy rozsądku stają się obecnie coraz bardziej banalne. Często zgadzamy się na przyjaźń, ale zazwyczaj w tym momencie - bardziej otwarcie lub nie względem naszego "przyjaciela" - stawiamy te granice, budujemy mury na samym początku. A przyjaźń nie powinna być obwarowana jakimikolwiek zabudowaniami. Albo jesteśmy dla siebie albo nie. A trudno być kimś ważnym dla kogoś - ale na wszelki wypadek tak nie do końca.
Podstawowym fundamentem przyjaźni - tak samo jak wszystkich najważniejszych i najbliższych relacji międzyludzkich - jest bezpodstawnie bezgraniczne i pełne zaufanie. Wracając więc na chwilę do tego co napisałem chwilę wcześniej - jak można mówić o zaufaniu wprowadzając na samym starcie jakieś ograniczenia czy granice. Wygląda to mniej więcej tak - "Jesteś dla mnie bardzo ważny. Jesteś moim przyjacielem. No ale wiesz..." - i w tym miejscu wstawiamy te wszystkie rzeczy, które nas ograniczają (przynajmniej naszym zdaniem) i które stanowią dla nas coś w rodzaju takiego "wyjścia awaryjnego". Tego typu relacji z ograniczaniem się na samym początku nigdy nie nazwałbym prawdziwą przyjaźnią... Oczywiście nie wygląda to tak, że zawiązujemy z naszym "przyjacielem" coś w rodzaju kontraktu i mówimy sobie od razu na samym początku o naszych zastrzeżeniach do tej umowy. To wszystko dzieje się podświadomie w naszym umyśle. Może nie od razu zdajemy sobie z tego sprawę - ale tak właśnie jest. Zgadzamy się na tą "przyjaźń" poniekąd na naszych własnych warunkach. A druga strona pewnie na swoich własnych warunkach.
No i właśnie dlatego tak trudno w dzisiejszych czasach zaryzykować i mówić o tej prawdziwej, szczerej przyjaźni. Doświadczenia naszego życia często sprawiają, że nie jesteśmy w stanie tak prosto się na kogoś w pełni otworzyć. Zaufać komuś na sto procent i powierzyć swoje najgłębsze sekrety. Najczęściej jest tak, że w podobnej sytuacji ktoś nas wcześniej bardzo zranił - zawiódł nasze zaufanie. A w momencie, gdy już kiedyś tak mocno się na kimś zawiedliśmy to nie jest łatwo przywrócić tego typu rodzaj relacji - pełnej bezgranicznego zaufania. Dlatego też część z nas unika używania słowa "przyjaciel". Pewnie część z Was zaraz się oburzy czytając te moje słowa. Co on też sobie wygaduje? Przecież ja mam prawdziwych przyjaciół - Kryśkę, Zośkę, Stefana czy Marcina. Jeśli masz świadomość, że jest to prawdziwa przyjaźń i nie masz żadnych wątpliwości w tym zakresie to mogę Ci jedynie pogratulować. Nie jest moim celem próba przekonywania kogokolwiek do tego, że instytucja przyjaźni we współczesnym świecie umarła - bo wiem, że tak nie jest. Ale taka prawdziwa przyjaźń staje się niestety moim zdaniem wartością umierającą. Wartością, którą należy szczególnie pielęgnować z uwagi na zagrożenia cywilizacyjne, ciągły pęd za jakimiś interesami, za sukcesem itp. Musimy dbać o swoich przyjaciół - troszczyć się o nich jak nigdy dotąd. Nie pozwólmy tym relacjom obumierać czy pogarszać się. Oczywiście nasze starania nie mogą być jednostronne, bo jeśli tak jest - to moim zdaniem nie ma tu już mowy o przyjaźni. Najczęściej jest to już wówczas znajomość interesowna.
Wracając jeszcze na chwilę do przyjaźni damsko-męskiej... Jest to chyba rzeczywiście najwyższy stopień wtajemniczenia. Ale jednocześnie myślę, że warto o takową zabiegać. No i nie trzeba daleko szukać. Podstawą prawdziwego, pięknego i pełnego miłości związku kobiety i mężczyzny jest przecież również przyjaźń. Nasza ukochana osoba powinna być jednocześnie naszym najlepszym przyjacielem - osobą, której bezgranicznie ufamy. Oczywiście wszyscy mówić o niemożliwości przyjaźni damsko-męskiej zakładają od razu, że to ma być przyjaźń nie w rodzinie - ale między dwojgiem początkowo obcych sobie osób. Taki nam się ułożył stereotyp i zapominamy właśnie o tym kto ma być naszym najważniejszym przyjacielem. Pielęgnując naszą miłość róbmy to samo z naszą przyjaźnią. Nie pozwólmy sobie na zniszczenie tego fundamentu naszego związku.
A na koniec małe "zdanie domowe" ;-) Po przeczytaniu tego tekstu chwyćmy za telefon i zadzwońmy lub napiszmy smsa do naszych przyjaciół. Podzielmy się z nimi czymś miłym co nas ostatnio w życiu spotkało. Pozwólmy im współdzielić naszą radość, zaraźmy ich naszym uśmiechem. Czasami choćby chwila uśmiechu i radości potrafi całkowicie zmienić choćby dzisiejszy dzień. Dbajcie o swoich przyjaciół, doceniajcie ich. Nie pozwólmy spłycić roli przyjaźni do płytkiej, interesownej relacji międzyludzkiej. Pozdrawiam Was serdecznie moi czytelnicy :-)
poniedziałek, 4 marca 2013
Oskary 2013... takie moje małe podsumowanie...
W dniu dzisiejszym postanowiłem podzielić się z Wami moimi wrażeniami po nieprzespanej nocy oskarowej. Również w tym roku zarwałem nockę, aby obejrzeć na żywo transmisję z rozdania Oskarów. Zarwania nie żałuję. Gala trzymała nawet poziom - aczkolwiek jak dla mnie była mniej ekscytująca niż te w latach poprzednich. W tym roku postawiono chyba przede wszystkim na część muzyczną gali, gdyż było całkiem sporo śpiewania :-) W specjalny sposób zaakcentowano również 50-lecie mojej ukochanej serii filmów o Jamesie Bondzie - usłyszeliśmy na żywo genialne wykonanie przeboju "Goldfinger". No ale do rzeczy. Postaram się "przelecieć" po kolei wszystkie kategorie i wtrącić parę groszy swojego komentarza. Tak więc zaczynamy - od końca :) (wg kolejności na portalu Filmweb):
Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny:
Sugar Man
- filmu nie widziałem - tak więc trudno tutaj cokolwiek skomentować. Zresztą nie widziałem żadnego z filmów nominowanych w tej kategorii. Kino dokumentalne to nie jest mój konik.
Najlepszy montaż dźwięku:
Wróg numer jeden
Skyfall
- no i tutaj pierwsze dla mnie zaskoczenie. Dwa filmy uhonorowane w tej samej kategorii. Co do Skyfall to cieszę się, że Bond został doceniony choćby w takiej kategorii :-) Drugiego filmu nie oglądałem... jeszcze... ;-)
Najlepszy montaż:
Operacja Argo
- nagroda być może dyskusyjna - zwłaszcza biorąc pod uwagę inne nominowane filmy (Wróg numer jeden, Życie Pi, Lincoln, Poradnik pozytywnego myślenia). Ja jednak nie jestem specjalistą w dziedzinie montażu. Film ogólnie mi się podobał - tak więc nie mam przeciwwskazań co do werdyktu Akademii.
Najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny:
Inocente
- w tym miejscu mogę dosłownie powtórzyć powyższy zapis dotyczący pełnometrażowego filmu dokumentalnego ;-)
Najlepszy krótkometrażowy film animowany:
Paperman
- hmmmm... pierwsza reakcja podobna jak przy filmach dokumentalnych. Nie widziałem "Paperman'a" przed nocą oskarową. Następnego dnia jednak nadrobiłem tę zaległość... i absolutnie nie żałuję. Myślę, że to w pełni zasłużona nagroda. Nie jestem fanem produkcji spod znaku Disney'a - jednakże ta krótka historia bardzo mnie urzekła. Wszystkim Wam polecam ten dosłownie kilkuminutowy seans - z czystym sumieniem polecam :))))
Najlepszy krótkometrażowy film aktorski:
Curfew
- hmmm... - patrz: filmy dokumentalne... stety lub niestety...
Najlepszy dźwięk:
Les Miserables - Nędznicy
- kolejna z kategorii, w których nie uważam się za kogoś kto ma prawo zabierać profesjonalny głos w dyskusji. Film widziałem. Podobał mi się. Akceptuję wybór Akademii :-)
Najlepszy długometrażowy film animowany:
Merida Waleczna
- nie widziałem - wygląda ładnie - niech będzie ;-)
Najlepsze zdjęcia:
Życie Pi
- nieobiektywnie - powinien wygrać Skyfall ;-))) a patrząc obiektywnie - Życie Pi - mimo, iż uważam ten film za nieco przereklamowany to jednak trudno nie docenić pracy, która została wykonana przy tworzeniu tego filmu. Tak więc po raz kolejny przyjmuje ze spokojem "wyrok" Akademii :-)
Najlepszy kostiumy:
Anna Karenina
- filmu nie widziałem. Jak dla mnie wszystkie pozostałe nominowane filmy (Nędznicy, Królewna Śnieżka i Łowca, Królewna Śnieżka, Lincoln) równie dobrze mogły dostać Oskara. We wszystkich z nich kostiumy tworzą specyficzną atmosferę i są bardzo dobrze zrobione. No ale ja nie czuję się ekspertem od kostiumów ;-)
Najlepsze efekty specjalne:
Życie Pi
- szkoda, że nie Hobbit. No ale tutaj znowu nie jestem obiektywny. Dla mnie każdy film, którego akcja toczy się w Śródziemiu zasługuje na Oskara ;-) Jednakże efekty w filmie Życie Pi robią wrażenie - zdecydowanie przebijają fabułę...
Najlepsza piosenka:
Skyfall - Adele
- hmmmm... nie przepadam za Adele. Ale mimo wszystko to w jakiś sposób nagroda dla Bonda - tak więc się cieszę. Ale jestem troszkę rozdarty. Nagroda dla Adele była od samego początku praktycznie przesądzona. Gratuluję jej, że mimo młodego wieku osiągnęła tak wiele. Muzycznie jednak ja jestem w innej bajce. Troszkę żałuję, że Oskara nie dostali Nędznicy za utwór w wykonaniu Hugh Jackmana "Suddenly". Mimo wszystko jakoś częściej go słucham niż Skyfall....
Najlepsza muzyka oryginalna:
Życie Pi
- muzyka tworzy w tym filmie ładne tło. Nie znałem wcześniej autora tej ścieżki dźwiękowej. Akceptuję wybór komisji. Aczkolwiek trudno odmówić urokowi ścieżce Johna Williamsa do Lincolna czy też ścieżce Desplat'a do Argo...
Najlepsza charakteryzacja:
Les Miserables - Nędznicy
- znowu nie Hobbit :((( Ale charakteryzacja w Nędznikach też jest dobra :) kolejne przemieszanie obiektywizmu z subiektywizmem z mojej strony ;-)))
Najlepszy film nieanglojęzyczny:
Miłość
- filmu nie widziałem, ale chyba musi być dobry skoro był też nominowany jako najlepszy film. Koniecznie muszę nadrobić zaległości, bo z tego co słyszałem ten film jest dobry...
Najlepszy scenariusza adaptowany:
Operacja Argo
- nie widzę przeciwwskazań :-)) krótko i na temat :)
Najlepszy scenariusz oryginalny:
Django
- Oskar dla Quentina - Oh yeah!!! :D Moim zdaniem nagroda w pełni zasłużona. Bardzo się cieszę, że Akademia doceniła Quentina. Nie wszystkie jego filmy mi odpowiadają - ale facet potrafi zrobić kawał dobrej roboty. A Django to naprawdę świetny film. Fakt, iż Quentin nie miał nominacji w kategorii reżyserskiej - to tym bardziej należy docenić tę nagrodę :)
Najlepszy reżyser:
Ang Lee
- kolejny Oskar dla Życia Pi. Mam bardzo mieszane odczucia co do tego filmu. W skali 1-10 dałbym mu mimo wszystko 8 czyli dość wysoką nagrodę. Doceniam pracę reżysera i wszystkich twórców filmu. Jednakże widz pomijając cały artyzm tego filmu może dostrzec dość płytką fabułę. Konkurencję Pan Lee miał sporą - pokonał samego Spielberga, który odwalił kawał dobrej roboty przy Lincolnie. Wypada mi jedynie w tym miejscu uhonorować i pogratulować Panu Lee tego zaszczytnego wyróżnienia.
Najlepsza aktora drugoplanowa:
Anne Hathaway
- złośliwi mówią, że nagroda za półgodzinną rolę w Nędznikach i obcięcie włosów na ekranie. Ja jednak lubię Anne i cieszę się, że to właśnie ona dostała Oskara. Tak - znowu jestem nieobiektywny ;-)) Przy okazji okazało się, że nawet nienajgorzej śpiewa ;-))
Najlepszy aktor drugoplanowy:
Christoph Waltz
- fenomenalna rola w Django. Chyba najbardziej cieszyłem się właśnie z tego werdyktu Akademii. Kto nie widział jeszcze filmu niech biegusiem nadrabia zaległości. Django trzeba zobaczyć - zwłaszcza dla roli Pana Waltz'a. Moim zdaniem zdecydowanie przyćmił głównego bohatera. Poprzedni Oskar za równie wybitną rolę w Bękartach Wojny. Tak więc Panie Waltz - kolejne w pełni zasłużone złoto. Serdecznie gratuluję :)))
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa:
Jennifer Lawrence
- Oskar za rolę w Poradniku pozytywnego myślenia. To mój drugi ulubiony werdykt Akademii. Uważam, że Poradnik to świetny film a Jennifer (również jedna z moich ulubionych obecnie aktorek) zagrała równie świetnie. Tak więc bardzo się cieszę z tej nagrody :)))
Najlepszy aktor pierwszoplanowy:
Daniel Day-Lewis
- tytułowy Lincoln. Dobry film i dobra rola Day-Lewis'a. Myślę, że to również zasłużona nagroda. Aczkolwiek konkurencja była w tym roku bardzo silna. Jednocześnie pobity został rekord. Daniel Day-Lewis jako pierwszy aktor w historii otrzymał 3 Oskary w tej kategorii. Gratulacje :)))
Najlepszy film:
Operacja Argo
- moim zdaniem jeden z najłatwiejszych do przewidzenia werdyktów Akademii. Argo zebrało już wcześniej mnóstwo nagród. Film doceniony na całym świecie. Praktycznie każdy jury każdego festiwalu przyznawało Argo jakieś wyróżnienie. Konkurencja również i tutaj była bardzo silna. Werdykt Akademii potraktowany podobno w Iranie jako decyzja polityczna. Nie znam szczegółów więc nie będę się wypowiadał. Film przypadł mi do gustu. Czy rzeczywiście był najlepszy ze wszystkich nominowanych filmów? Pewnie niekoniecznie. Być może bardziej cieszyłby mnie Oskar dla Nędzników lub Lincolna, bo Poradnik raczej nie miał tutaj żadnych szans. Ale ogólnie może być :-) Film ciekawy, potrafi trzymać w napięciu. Troszkę może za bardzo gloryfikujący amerykanów. No ale Oskary to w końcu amerykańska nagroda tak więc mogło to pewnie mieć wpływ na wybór Akademii.
No i to by było na tyle. Moje opisy do poszczególnych kategorii nie są może zbyt porywające ale pisałem je na gorąco bez dokonywania żadnych korekt. To takie moje przemyślenia na gorąco. Jak zwykle zapraszam do dyskusji. Czy zgadzacie się z typowaniami Akademii? Komu Wy byście przyznali Oskara?
Miłego wieczoru. Pozdrawiam serdecznie i do przeczytania!!!
wtorek, 26 lutego 2013
Parę słów refleksji...
Tak więc strona jest już ponownie dostępna dla wszystkich tych, którzy są zainteresowani czytaniem mojej twórczości :) Jak zawsze zachęcam do komentowania - wszelkie komentarze są bardzo ale to bardzo mile widziane i mam nadzieję, że do wszystkich uda mi się odpowiednio i wystarczająco ustosunkować. A jeśli nie wystarczająco dokładnie to cóż... zawsze możemy sobie pozwolić na nieco dłuższej dyskusji. Lubię samemu prowokować pewne tematy do rozważań - ale równie chętnie sam chciałbym być sprowokowany do jakiejś dyskusji. Tak więc droga wolna - i zapraszam serdecznie do rozmowy w formie komentarza. Być może uda się Wam doprowadzić do tego, iż zainspirowany jakimś Waszym tekstem pozwolę sobie na rozwinięcie odpowiedzi w formie tekstu na blogu :-)
U mnie wszystko bez zmian. Życie toczy się swoim torem. Raz szybciej - raz wolniej. Ogólnie nie mam powodów do narzekania. Myślę, że to dobrze. Na nudę również nie narzekam - a to chyba kolejny plus. Zdrowie (odpukać) również dopisuje. Staram się chodzić uśmiechnięty, dawać sobie okazje do śmiechu - bo w końcu śmiech to zdrowie. Mam nadzieję, że ten mój hura optymizm do którego staram się dążyć będzie się nadal rozwijać swoim życiem i dawać mi mnóstwo okazji do tego by być w dobrym humorze. Chcę, aby to pozytywne podejście do praktycznie każdego tematu mnie nie opuszczało :-) Tego samego życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna. Z tego co pamiętam to już kiedyś o tym pisałem. Dzielmy się szczęściem, zarażajmy się nim wzajemnie - zarażajmy w pozytywnym tego słowa znaczeniu oczywiście :-) Po raz kolejny uśmiechnijcie się do najbliższej Wam osoby. Ja zrobiłem to właśnie w tej chwili. I co? Otrzymałem przepiękny uśmiech zwrotny. Na tym polega właśnie istota szczęścia.
Podsumowując - wracam do świata blogerów. Chcę tworzyć nadal coś co może i ktoś przeczyta a może i nie? Tak czy siak - mam możliwość przelania pewnych myśli na tekst i zamierzam to robić. Oby tylko nie wyczerpały mi się pomysły.
Pozdrawiam wieczorową porą i do przeczytania!!! :-)
wtorek, 8 stycznia 2013
"Homo egoistus"... czy to brzmi dumnie?
Natchnięty paroma ostatnimi uwagami na pewne tematy postanowiłem znowu usiąść do klawiatury i spróbować podzielić się kilkoma swoimi refleksjami. Wszystko sprowadza się do tematu postawy egoistycznej. Jeśli osoba z którą ostatnio poruszałem ten temat czyta te słowa to pewnie się lekko do siebie uśmiechnie. Tak więc Tajemnicza Pani (przez wzgląd na pewne okoliczności - nazwisko Tajemniczej Pani do wyłącznej informacji autora blogu ;) (i tu pewnie kolejny lekki uśmiech do siebie) - postanowiłem ustosunkować się na piśmie do pewnych wniosków przedstawionych przez Panią. Nie wiem czy wszystko dobrze pamiętam, ale postaram się w miarę po ludzku wyjaśnić o co mi chodzi. W rozmowie z Tajemniczą Panią ustaliliśmy, że postawa egoistyczna w obecnych czasach jest postawą dobrą i nawet właściwą. Z uwagi na fakt, że ja jednak lubię wszystko analizować (jestem takim amatorskim połączeniem filozofa z psychologiem - muszę wymyślić na to jakieś ładne określenie ;) - postanowiłem również i tym razem bardziej pochylić się nad tym nurtującym mnie stanem jakim jest egoizm. Czy tak naprawdę jest to właściwa obecnie postawa? Czytając te słowa pewnie zauważycie, że być może nie będę trzymał się klasycznej definicji egoisty. Zgodnie z tą przedstawioną w jednym z portali tak zwany "egoizm etyczny" to doktryna etyczna, która mówi, że jednostki powinny robić to, co leży w ich interesie. Brzmi prosto i zrozumiale. A teraz rękę w górę wszyscy Ci, którzy kiedyś zostali źle potraktowani przez osoby, którym wcześniej bezgranicznie ufały lub zostali zaskoczeni widząc takie zachowanie u swoich "zauszników" względem innej osoby. Hmmm... no ja podniosłem rękę w górę - a Wy? Przemyślenia nad egoizmem skłoniły mnie do wyciągnięcia pewnego wniosku. Czy w obecnych czasach jest już aż tak źle, że musimy dbać wyłącznie o swoje własne litery? Bo do tego można by tak nieco uprościć ten cały egoizm. Robię to co jest najlepsze dla mnie, co mi się opłaca... - dbam o siebie i o swoje "siedzenie". Proszę pamiętać drogi czytelniku, że w tym tekście przedstawiam swoją własną wizję i rozumienie postawy egoistycznej - nie wiem czy jest ona zgodna z Twoją czy tez z wyżej zawartą definicją naukową - pewnie jedną z kilku. Ale po raz kolejny korzystam z przysługującej mi wolności słowa - jednej z najbardziej cenionych przeze mnie wartości we współczesnym świecie. Wartości, która jak mam wrażenie, daje możliwość na dokonanie pewnych zmian - i to zmian na lepsze. Tak więc wracając do meritum. Czy naprawdę jest już tak źle, że troszczymy się tylko o siebie? Rozszerzając to "o siebie" postanowiłem wprowadzić na potrzeby tego rozważania pewną definicję, którą to określiłem jako "egoizm lokalny". Pozwólcie, że rozszerzę to "o siebie" o najbliższe otoczenie człowieka - czyli o rodzinę -rodziców, żonę (czy też narzeczoną), dzieci (jeśli są) itd. itp. W skrócie - "egoista lokalny" dba nie tylko o samego siebie ale i o najbliższe mu osoby. No jakby nie było jest to rzecz zrozumiała - najbliższe osoby powinny być dla nas najważniejsze. Oznaką normalności dla mnie jest jeśli tak rzeczywiście jest - bo w moim przypadku jest. Wiadomym jest, że pewne okoliczności mogą psuć relacje z naszymi bliskimi - ale naszym celem nadrzędnym powinno być jednak pielęgnowanie tych relacji. Uważam, że obcy człowiek nigdy nie zrobi dla nas tyle co najbliższa nam osoba. Współczynnik wybaczalności u tych osób jest również największy. Z pewnością doskonale o tym wiecie. No ale po raz kolejny powróćmy do naszego egoizmu. Oczywiście warto dbać o interes swój i swoich najbliższych. W takich momentach nachodzi mnie jednak pewna refleksja. Czy egoizm nie hamuje postępu? Czy gdyby wszyscy nieżyjący już wynalazcy zaszyli się sami w sobie czy pozwoliliby sobie na dokonanie tych swoich odkryć? Ktoś zaraz powie - ale jakimi pobudkami się oni kierowali dokonując tych odkryć? Mam smutne wrażenie, że w obecnych czasach kierują się głównie chęcią zysku. Jest to przykre - ale myślę, że bardzo prawdziwe. Można się zastanawiać czy w przeszłości było tak samo. Pewnie w iluś tam przypadkach tak - ale żyję może złudnym przekonaniem, że nie we wszystkich. Egoizm towarzyszy nam na każdym kroku. Nawet jeśli sami nie określamy się mianem egoistów to jego przykłady widzimy cały czas. Egoizm ten jednak często wykracza poza skalę jednostki. Wyróżniamy więc wspomniany wyżej przeze mnie "egoizm lokalny". Jego skala bywa różna. Nie musi to być wyłącznie rodzina - może być większa grupa - społeczna, etniczna itp. Zastanawiające jest również - choć może w tym miejscu dokonam lekkiego spłycenia lub powiem o czymś oczywistym - czy z pewnego rodzaju egoizmem nie mamy do czynienia przy działaniu pewnego rodzaju grup nacisku, lobby. W końcu dbają one o swoje własne interesy -własne właśnie niekoniecznie w sensie jednostki ale mniejszej lub większej grupy osób chcącej osiągnąć pewien cel. A po co ten cel? Po to, aby żyło się lepiej - zwłaszcza tej grupie. A jeśli i komuś innemu? - no to dobra - niech im tam też będzie lepiej - ale przede wszystkim nam. Nie chcę tutaj wgłębiać się w temat polityki - ale pewnie dostrzeżecie między wierszami o co mi chodzi. Podsumowując - egoizm wydaje się być idealny do współczesności. Moim zdaniem jednak tylko wtedy, gdy chcemy żeby było nam lekko, łatwo i przyjemnie. A nie oszukujmy się - czy nie każdy z nas chce żyć właśnie w ten sposób? Znamy wiele powiedzonek w stylu "co tu robić, żeby się nie narobić". Taki już jest człowiek. Światełkiem w tunelu są dla mnie różnego rodzaju inicjatywy charytatywne. Patrząc na te akcje wraca mi wiara w drugiego człowieka i w to, że są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy chcą (lub przynajmniej sprawiają takie wrażenie) pomóc drugiemu człowiekowi. A jeśli robią to zupełnie bezinteresownie - to chwała im za to! Nie wiem czy w tym miejscu poruszyłem wszystkie kwestie które chciałem. Są to takie moje przemyślenia "na gorąco". Jednak coraz bardziej odnoszę wrażenie, że pewnie i ja wkomponowuję się w to egoistyczne społeczeństwo. Myślę jednak, że nie jest to do końca dobre. Będę pewnie jeszcze ten temat analizował w sobie i być może jeszcze kiedyś tu do niego wrócę. Swoją drogą - ciekawe co na to powie Tajemnicza Pani... ;-) Pozdrawiam serdecznie i do przeczytania :)
niedziela, 6 stycznia 2013
Bez komórki jak bez ręki... ;-) i nie tylko o tym :)
Sam dosyć późno "dorobiłem" się komórki - bo dopiero na studiach. Mój problem pewnie byłby problemem tragicznym dla obecnego młodego pokolenia. Nie trzeba daleko szukać by znaleźć gdzieś na widoku jakiegoś młodego chłopaka lub dziewczynę klikających nonstop w telefonie. Śmiałbym określić ich wręcz "niewolnikami komórek". Niby straszne - ale gorsze jest dla mnie jednak to, iż okazało się, że i ja bez komórki byłem dość znacznie ograniczony. Możnaby wręcz zaryzykować stwierdzenie, że nie mogłem normalnie funkcjonować. Oczywiście po odzyskaniu telefonu odczułem ulgę. Wiem, że teraz pewnie będę starał się pamiętać o tym, aby telefon mieć przy sobie. W końcu nie wiem kiedy ktoś będzie się chciał ze mną skontaktować - a niekiedy jeden telefon może odmienić nasze życie, prawda? Hehe - tak - zaczyna pomału ze mnie wychodzić ten optymista, ten człowiek nastawiony bardziej pozytywnie do ludzi i wszechświata... No bo w sumie czemu nie miałbym być takim człowiekiem? Tego typu podejście - mimo faktu, iż niekiedy można się bardzo na tym przerobić - sprawia, że choćby i humor mam lepszy. Postanowiłem, że będę się starał w swoim życiu nikogo nie skreślać, każdemu dawać szansę i mam nadzieję, że być może sprawi to, że niektórzy ludzie z tego powodu spojrzą i na mnie nieco inaczej i być może zmienią swoje nastawienie do mnie. Że co? Że się przejmuję tym co ktoś o mnie myśli? Mimo tego co niektórzy myślą i mówią - to wszyscy z pewnością staramy się być akceptowanymi przez innych - mówcie co chcecie ale tak właśnie uważam. Tak więc tak - zależy mi na dobrych relacjach z innymi ludźmi i myślę, że jest to również element mojej optymistycznej transformacji. No ale z drugiej strony jeśli ktoś jest do mnie jakoś uprzedzony - bo jak najbardziej ma do tego prawo - no cóż... - tak jak napisałem - ma do tego prawo. Ale w takiej sytuacji niech ma odwagę powiedzieć mi prosto w twarz o co mu chodzi i jaki ma ze mną problem. A co? Odwagi do tego zabraknie? No to jakim jesteś człowiekiem... człowieku... Bądź szczery wobec siebie i wobec mnie. A może okaże się wówczas, że Twoje uprzedzenie jest bezzasadne? Ale nic - nikogo do siebie nie będę przekonywać :) Każdy żyje tak jak chce i tak jak umie - no i nie każdy musi żyć ze wszystkim w zgodzie. To już by była jakaś idylla - a niestety do tego to nam jeszcze dużo brakuje i długa przed nami droga by choć do tej idylli się zbliżyć.
Troszkę odbiegłem od tematu - ale chyba pewnego rodzaju urokiem tego mojego wynaturzania się jest to, by pisać to co "ślina przyniesie na język". W końcu taka jest też tematyka bloga. No ale na dzisiaj już kończę. Pozdrawiam serdecznie. Cieszcie się ostatnimi godzinami weekendu i mimo wszystko jutro z uśmiechem i zadowolonym wyrazem twarzy podnieście się jutro z łóżka i udajcie do pracy. Wiem, że jeszcze wstajemy i zazwyczaj wychodzimy do pracy "w nocy" - ale z każdym dniem tego dnia przybywa. I to jest właśnie optymistyczny element w tym wszystkim hehe... Jeszcze raz pozdrawiam :) Do przeczytania.
piątek, 4 stycznia 2013
Nowy Rok czas zacząć... :-)
Witam już w Nowym Roku i na początek kolejne lekkie przeprosiny z uwagi na fakt, iż obiecywałem w poprzednim tekście , iż uda mi się napisać parę słów podsumowania zeszłego roku jeszcze przed jego końcem. No cóż... zazwyczaj życie potrafi zweryfikować tego typu deklaracje. Tym razem jednak mam lekkie usprawiedliwienie. Czas świąteczny i międzyświąteczny był czasem pełnym... czego? Jak to zwykle bywa w tym okresie - czasem pełnym braku czasu ;-) Dzisiaj mamy już czwarty dzień stycznia 2013 roku. Z uwagi na fakt, iż wczoraj usłyszałem, iż życzenia noworoczne można śmiało składać aż do święta Trzech Króli to spieszę już do Was ze swoimi życzeniami. Oby ten 2013 rok, mimo krążących już różnego rodzaju plotek na temat jego pechowości (z uwagi na 13 w nazwie), przyniósł Wam wiele radości, szczęścia i bez liku okazji do uśmiechu. Niech dopisuje Wam zdrowie (zwłaszcza w okresie grypowym - podobno w tym momencie krążą 3 różne wirusy grypowe - znając życie pewnie jest ich jednak więcej) a Wasi przyjaciele i najbliżsi stanowią dla Was ogromne wsparcie. Niech jednak to wsparcie nie będzie jednostronne. Również i Wy starajcie się być zawsze dla nich życzliwi i wspierać ich bezinteresownie w każdej chwili gdy wyczujecie, iż może to być im potrzebne. Nie czekajcie na to, iż oni Was o to wsparcie poproszą. Często jest tak, że będąc w jakimś dołku nie chcemy dodatkowo angażować nikogo w nasze problemy. Wiadomym jest, iż niekiedy z uwagi na pewne okoliczności wskazane jest abyśmy pewnymi rzeczami nie dzielili się z innymi. Ale prawdą jest również to (i wiem to z doświadczenia życiowego), że niekiedy potrafimy się po prostu wygadać. W rozmowie z naszym przyjacielem nie musimy poruszać tego konkretnego problematycznego tematu (zwłaszcza jeśli nie możemy tego zrobić) - ale bardzo często jest tak, że sama rozmowa przyniesie nam pewnego rodzaju ukojenie. Ja sam kiedy wiem, iż z jakiegoś tam względu nie mogę stanowić idealnego "leku na całe zło" staram się pomóc moim najbliższym osobom właśnie rozmową. A jeśli mój rozmówca dotychczas ponury i zadręczony swoimi problemami choć na chwilę się uśmiechnie - to uważam to za coś cudownego. Bo ten najdrobniejszy uśmiech stanowi zaczątek czegoś pięknego - daje szansę na to, iż ta osoba pomimo chwilowych (lub nawet mimo wszystko dłuższych problemów) odnajdzie "wejście" na drogę szczęścia i radośniejszego życia. Myślę, że niekiedy to nasze ciągłe przygnębienie i pogłębianie się w stanie beznadziejności sprawia, iż nie potrafimy dostrzec swego rodzaju "światełka w tunelu". Czegoś co sprawi, że spojrzymy na nasz problem z nieco innej perspektywy i co pozwoli nam stwierdzić, iż pomimo wcześniejszej sytuacji beznadziejnej okazuje się, iż ona wcale taka nie jest. Starajmy się więc w tym Nowym Roku być lepszymi ludźmi. Lepszymi przede wszystkim dla innych ale i dla samych siebie. Jeśli to możliwe wybaczmy krzywdy innym ludziom - naszym znajomym, współpracownikom czy też choćby naszym krewnym. Pozwólmy sobie na nowe otwarcie. Jeśli straciliśmy z kimś kontakt (nieważne czy z naszej czy nie z naszej winy) może spróbujmy ten kontakt odzyskać. Oczywiście jeśli nam na tym zależy. Często bywa tak, że ta druga skłócona z nami osoba również chciałaby odzyskać tę niekiedy bardzo wartościową znajomość - ale nie ma tyle śmiałości. Ciągle rozpamiętuje przeszłość i obawia się być może naszej reakcji lub wręcz odtrącenia wyciągniętej na zgodę dłoni. Spróbujmy więc to my wyjść z inicjatywą pojednania. Jeśli to nasza dłoń zostanie wówczas odtrącona... no cóż... przynajmniej będziemy mogli stwierdzić, że próbowaliśmy. A jeśli nawet nie spróbujemy - to nie przekonamy się jak ta cała sytuacja może się zakończyć. Ostatnimi czasy słyszałem również inne ciekawe życzenia - które wykorzystam w tym miejscu. Oby ten 2013 rok był gorszy od 2014. Co to oznacza w skrócie? Oby kolejny rok był jeszcze lepszy. Niech to będzie prognostyk dalszych zmian w naszym życiu. Zmian na lepsze oczywiście. Uważam, iż odmiana życia z całą pewnością nie jest procesem krótkotrwałym. A co dopiero jeśli ktoś chce zmienić swój charakter (tak tak - uważam, że mimo wszystko jest to możliwe - ale jest bardzo długim i trudnym procesem i to naprawdę bardzo trudnym - być może i niekiedy niemożliwym -ale znowu kłania się konieczność choćby spróbowania). Wiem to po sobie. W końcu urodzony pesymista stara się zostać "hura optymistą" :-) Mam nadzieję, że uda mi się to osiągnąć a ten rok będzie okazją ku tej zmianie. Pozwólmy sobie na odrobinę luksusu. Spróbujmy podjąć jakieś dawno porzucone zamierzenia. Spełnijmy jakieś swoje marzenie. Nie bójmy się zainwestować w siebie. W tym miejscu również mała wskazówka dla osób samotnych. Spróbujcie to zmienić. Pewnie jest gdzieś niedaleko jakaś osoba na której Wam w szczególności zależy. Rozwińcie tę znajomość. Przynajmniej spróbujcie. Odtrącenie boli - tak. Ale z drugiej strony dlaczego od razu zakładać odtrącenie i ustawiać się na straconej pozycji? Ustawcie się blisko podium i liczcie na sukces. A ewentualna porażka mimo wszystko niech Was nie zraża. Łatwo powiedzieć? Może i tak - ale myślę, że po raz kolejny trzeba tu podkreślić, iż lepiej jest spróbować niż później żałować, iż się nawet nie spróbowało. I tym optymistycznym akcentem kończę. Wszystkiego dobrego!!!
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Tradycyjne Wesołych Świąt...
Święta za pasem. Praktycznie już za zakrętem. Trwa Wigilia. Z pewnością większość z Was szykuje jeszcze ostatnie dania na wigilijny stół, część z Was być może gania jeszcze za ostatnimi prezentami po sklepach, które za moment również zostaną zamknięte, tak by ich pracownicy również mogli zasiąść do wigilijnych stołów. Być może część z Was w tej chwili jest jednak w pracy… witam w klubie ;-) No ale w gruncie rzeczy nie jest ważne gdzie teraz jesteście. Najważniejsze jest to, aby w miarę Waszych możliwości nie zabrakło Was dzisiaj przy wigilijnym stole. Niech te nadchodzące Święta Bożego Narodzenia będą dla nas wszystkich pewnego rodzaju odskocznią od codzienności i wszystkiego co się z nią wiąże. Pozwólmy więc sobie na wyłączenie tej części naszego jestestwa, które odpowiada za kwestie związane z naszą pracą, naszymi troskami, problemami – zarówno tymi drobnymi jak i tymi największymi. Postarajmy się przez ten świąteczny czas dać sobie i naszym najbliższym najwięcej szczęścia.
Również w drodze do naszych domów nie bójmy się uśmiechnąć do innych ludzi. Jedna z moich ulubionych piosenek świątecznych jest chyba właśnie mniej więcej o tym. Szczerze polecam utwór Chrisa Rea – „Driving home for christmas”. Tak więc jak już zacząłem pisać wcześniej... Jadąc do domu nie bój się uśmiechnąć do towarzysza Twojej podróży. Całkiem niedawno usłyszałem pewną złotą myśl, która bardzo mi się spodobała i sam zamierzam z niej korzystać – a brzmi ona mniej więcej tak „Uśmiech jest najtańszym sposobem na dostarczenie szczęścia drugiemu człowiekowi”. Starajmy się więc dzielić tym szczęściem z kimkolwiek się da. Kto wie – być może samym naszym uśmiechem sprawimy, że komuś zrobi się lżej na sercu lub chociaż na chwilę stanie się bardziej szczęśliwy i radosny. Nie bójmy się dzielić szczęściem i sami czerpmy je od innych w tych gorszych chwilach naszego zwątpienia.
Niech te święta będą dla nas również okazją do pojednania z tymi, którzy w ciągu roku lub nawet dawniej „zaszli nam za skórę”. Rozważmy w swoim sumieniu czy te wcześniejsze nieporozumienia czy kłótnie były w ogóle uzasadnione. A jeśli nawet tak – to czy warto chować urazę? Jeśli dokładnie sobie przeanalizujemy całą sytuację to pewnie okaże się jednak, iż nie warto trwać w tym sporze. Wyciągnijmy dłoń na zgodę nawet ryzykując, iż ta dłoń nie zostanie przyjęta. Dopóki nie spróbujemy to nie przekonamy się co z tego wyjdzie.
Skorzystajmy z tych świąt to zregenerowania naszych sił. Naładujmy nasze akumulatory i z pełną werwą ruszmy do dalszego życia. Niech święta dadzą nam również szansę na to, aby w spokoju przeanalizować swoje życie i być może wyciągnąć jakieś sensowne wnioski na przyszłość. Niekiedy zdarza się tak, że wystarczy zmienić jedną drobną rzecz w naszym życiu, aby nabrało ono nowych, radosnych kolorów i dało nam ogrom szczęścia i spełnienia. Właśnie tego życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna.
Z kolei sobie życzę wytrwania w optymistycznej postawie życiowej. Przyznam, że ostatnio miałem okres mocnego zwątpienia w to czy taki naturalny pesymista jak ja może zmienić swoje nastawienie do życia. Pewnie dlatego mój blog ostatnimi czasy świecił pustkami i nie było żadnych nowych wpisów. Nadal nie wiem jak będzie z częstotliwością publikowania tutaj – ale jednym z moich celów na najbliższy czas jest zadbanie o to, aby to miejsce nie było takie martwe. Postaram się pisać więcej – o ile oczywiście czas na to pozwoli. Wiem, wiem – już szukam wymówek – no ale sami wiecie jak to jest w tym dorosłym życiu. Czas pędzi i zawsze go nam brakuje. Być może jest to właśnie to miejsce, w którym powinienem Wam złożyć życzenia tego, aby właśnie tego czasu Wam nie brakowało. A w szczególności czasu dla najbliższych i na realizację Waszych pasji i celów życiowych. Skoro już wstąpiliśmy na tę drogę dorosłego życia to trzymajmy się na niej i nie dajmy się wykoleić :-)
Na koniec jeszcze raz życzę Wam zdrowych, pogodnych, rodzinnych i dłuuuugich Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w gronie najbliższych i najważniejszych dla Was osób.
PS: Mam nadzieję, że przed Sylwestrem uda mi się napisać tu jakieś małe podsumowanie :-)
niedziela, 25 listopada 2012
Troszkę o Skyfall...
Dzisiaj będzie po raz kolejny filmowo. W jakieś dwa tygodnie po premierze (niestety wcześniej nie mogłem z powodu choroby) udało mi się w końcu obejrzeć film Skyfall. Po raz kolejny usłyszałem ulubione przez siebie słowa "My name is Bond. James Bond". Za każdym razem jakoś tak mi się miło robi gdy je słyszę - mimo, iż padały już z ust kilku różnych aktorów. Mój stosunek do Bonda jest dla mnie wyjątkowy. To zawsze będzie pewnego rodzaju sentymentalna postać. Dlaczego sentymentalna? Otóż James towarzyszy mi już od wielu lat. Praktycznie zawsze oglądam filmy o Bondzie kiedy lecą w telewizji (oczywiście jeśli tylko mam taką możliwość). I choć po ostatnim nieco podupadnięciu całej serii (wybaczcie - mimo sympatii do Pierce'a Brosnana tak właśnie określę tych kilka filmów z jego udziałem) uważam, że ostatnie trzy produkcje (w tym właśnie Skyfall) są po prostu świetne. Może jestem zaślepiony sympatią do postaci agenta 007... No ale cóż - każdy ma prawo do własnych opinii. Owszem - spotkałem się z wieloma negatywnymi opiniami na temat Skyfall - to postanowiłem, że jak zawsze muszę sobie wyrobić własne zdanie na temat tego filmu. Seans w kinie był nieunikniony (jak również zakup DVD kiedy tylko pojawi się na rynku).
Pomimo dość przydługawego reklamowego wstępu do samego seansu (30 minut reklam pod rząd to zdecydowanie za wiele ;-) no ale przynajmniej udało mi się dowiedzieć o pewnym filmie, o którym wcześniej nie miałem zielonego pojęcia - czyli o "Atlasie chmur" - pewnie jeśli uda mi się go obejrzeć to będzie tematem na odrębny post...) samo napięcie towarzyszące rozpoczęciu filmu jakoś pomogło mi przetrawić te reklamy. Nie mam zamiaru tutaj zagłębiać się szczegółowo w fabułę filmu, gdyż uważam, że nie należy za bardzo "spoilerować". W końcu wielu z Was - moich potencjalnych czytelników - mogło nie mieć jeszcze możliwości zobaczenia filmu. Jeśli jesteście takimi osobami to z czystym sumieniem polecam Wam wizytę w kinie (od biedy obejrzenie filmu na DVD po jego premierze - aczkolwiek nie oszukujmy się - to z pewnością nie będzie to samo co seans w kinie). Myślę, że nie wyjdziecie z kina zawiedzeni. Chociaż z drugiej strony każdy ma również prawo do krytyki filmu. Ja przez swoje zaślepienie staram się nie dostrzegać wad tego filmu - aczkolwiek jest w nim jedna taka scena... ;-) pewnie Ci co widzieli domyślają się o co mi może chodzić :-) Mimo wszystko uważam, że film utrzymuje się w dobrej bondowskiej tonacji. Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejną część - która tradycyjnie została zapowiedziana na końcu filmu :-)
Co do samego Daniela Craig'a w roli agenta 007 - to pomimo wielu obaw przed obejrzeniem "Casino Royale" uważam, że twórcy Bonda dokonali dobrego wyboru. Daniel sprawdza się w roli Bonda. Fakt, że jest to nieco inny agent (jak dla mnie przypomina nieocenionego Sean'a Connery) od tego co pokazał ostatnio choćby Brosnan. Ale Bond Craiga jest dla mnie bardziej ludzki. Nowe filmy nie stawiają za wszelką cenę na niewiadomo jak wyszukane gadżety. Zresztą jedna scena w filmie również do w dobitny sposób podkreśla. Twórcy filmu korzystając z jubileuszu 50-lecia Bonda czerpią również momentami z historii filmów o nim. Jest kilka bardzo fajnych nawiązań za co kieruję podziękowania.
Cóż... nie jest łatwo chcąc powiedzieć nieco o filmie nie zdradzając za dużo fabuły. Po raz kolejny polecę Wam seans w kinie. Jako pewnego rodzaju ciekawostkę mogę Wam zdradzić, że film ten stanowi dla mnie również pewnego rodzaju społeczny fenomen. Otóż jakieś 90% moich znajomych, z którymi rozmawiałem w ostatnim czasie było w kinie na Bondzie. I to również osoby nie przepadające za tego typu filmami. Mimo wszystko również i te osoby były zadowolone po wyjściu z kina. To chyba jednak coś znaczy, nie uważacie?
No i to by było na tyle. Mam nadzieje, że mój kolejny post nie pojawi się znowu po ponad miesięcznej przerwie. Będę się starał częściej tu zaglądać co i sprawi, że i Wy może będziecie :-) Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej (i niestety już małej) reszty weekendu :-)
PS: Nawiązując do Dnia Życzliwości, który stosunkowo niedawno. Po lekturze powyższego tekstu proszę się uśmiechnąć do najważniejszej dla Was osoby w życiu i powiedzieć jej coś bardzo miłego :-)
środa, 17 października 2012
Piłka wodna na Narodowym... czyli o tym, że jednak jest coś poniżej dna.
Dzisiejszy temat nie mógł być o czymkolwiek innym niż wczorajsze wydarzenie, do którego doszło na naszym cudownym Stadionie Narodowym. Hmmm… napisałem wydarzenie, do którego doszło… w sumie to jednak nie doszło do tego wydarzenia. Po raz kolejny człowiek został pokonany przez naturę? Niestety nie tym razem, gdyż wówczas można byłoby to w jakiś racjonalny sposób wytłumaczyć. Natomiast dla tego co wczoraj miało miejsce trudno jest mi znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie.
Przeglądając dzisiejszego poranka strony portalu społecznościowego nie zawiodłem się. Tak, nie zawiodłem się. Na naszych kochanych internautach. Od samego rana miałem możliwość oglądać fragmenty ciekawych artykułów udostępnionych przez moich drogich współinternautów (że tak ich nazwę). Moim oczom ukazała (wprawdzie średnia ale jednak) przeróbka zawodników obu reprezentacji w basenie uprawiających piłkę wodną. Na innym ze zdjęć artykuł z tytułem „A jednak zaskoczyliśmy Anglię”. Zdecydowanie ją zaskoczyliśmy, ale chyba każdy zgodzi się z tym, iż miało to być zupełnie innego rodzaju zaskoczenie.
Jeśli chodzi o grę naszej reprezentacji to mam do niej podejście lekko realistyczne. We wczorajszym meczu liczyłem na remis. Najlepiej byłoby widzieć przynajmniej po jednej bramce z każdej strony. Przy większej ilości bramek (dającej jednak ostatecznie remis) mecz byłby z pewnością jeszcze ciekawszy. Niestety nie było mi dane zobaczyć ani jednej bramki. Ba, nie było mi dane zobaczyć ani sekundy trwającego meczu. O ile ja obserwowałem te wszystkie wydarzenia w cieple domowego ogniska, o tyle najbardziej żal mi jest zdecydowanie kibiców. Kibiców którzy (jak było to zresztą wielokrotnie podkreślane przez komentatorów ze studia meczowego) przyjechali na ten mecz z całego kraju. Miało to być ogromne wydarzenie. Mecz Polska – Anglia. Takie coś nie zdarza się co pięć minut. No i mimo, iż mamy dość niekorzystny bilans meczowy to tego typu mecz zawsze wzbudza ogromne zainteresowanie (no przynajmniej wśród Polaków). A tu taki klops. Nigdy w życiu nie podejrzewałbym, że mecz nie odbędzie się z powodu deszczu. O ile sytuacja dotyczyłaby jakiegoś innego stadionu to rzecz mógłbym jeszcze zrozumieć. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z nowowybudowanym stadionem. Stadionem, który powinien być przygotowany na tego typu sytuacje. Nie chcę się teraz doszukiwać personalnej winy kogokolwiek. Nie w tym rzecz. „Daliśmy ciała” i wiadomość poszła w świat. Widać to choćby po wypowiedziach angielskich komentatorów, którzy w swojej transmisji użyli słów w stylu „Polska to dziwny kraj”. Chodziło oczywiście o przypomnienie sytuacji z meczu z Grecją, kiedy to przy wysokiej temperaturze dach był zamknięty, co podobno miało również ogromny wpływ na grę naszej reprezentacji. Tym razem jednak dach pozostał zamknięty. Taka była decyzja działaczy.
Czy tak trudno jednak sprawdzić w dzisiejszych czasach prognozę pogody? Mimo, iż nie mam dostępu do najnowocześniejszych technologii, byłem w stanie za pośrednictwem jednego z wielu portali internetowych sprawdzić pogodę. Wiedziałem, że praktycznie cały dzień ma padać deszcz. No i nie zawiodłem się na prognozie. Zabezpieczyłem się w jedyny sposób na jaki mogłem sobie pozwolić –wziąłem ze sobą z domu parasol. Rozłożyłem dach nad swoim osobistym stadionem. Nie było trudno, nic nie zawiodło w tym przypadku – ani czynnik ludzki ani czynnik techniczny. Skoro więc ja, zwykły śmiertelnik, byłem w stanie sprawdzić jaka będzie pogoda, to podejrzewam, że było to również możliwe w stolicy. Mało tego, podejrzewam, że tam są od tego specjalni ludzie, którzy mają przewidywać tego typu sytuacje i skutecznie im zapobiegać. Coś jednak poszło nie tak. Przypomnę po raz kolejny, że nie chcę się tutaj doszukiwać konkretnych osób winnych temu wszystkiemu. Jest mi jednak tak zwyczajnie po ludzku przykro. Nie wiem jaki byłby wynik tego meczu, tak samo jak nie wiem jaki wynik będzie w dniu dzisiejszy (o ile oczywiście dojdzie do meczu, chociaż innej możliwości to ja już nie widzę). Liczyłem jednak na obejrzenie dobrego widowiska. Tak samo jak Ci wszyscy wierni reprezentacji kibice zgromadzeni przede wszystkim licznie na stadionie jak i przed telewizorami. Naprawdę przykro było podczas wczorajszej transmisji oglądać te smutne twarze na stadionie. Podejrzewam, że wielu z tych ludzi do końca niedowierzało w to co miało miejsce. Trudno im się w sumie dziwić. Mnie również trudno było w to uwierzyć.
Przykre jest to, że po zorganizowaniu tak dużego turnieju jakim było bez wątpienia Euro 2012 i po (podobno) chwalebnych opiniach na temat naszych działań organizacyjnych wyszedł taki blamaż. Podczas wczorajszej transmisji przytoczone zostało porównanie do organizowania przez Anglików olimpiady. W kraju słynącym z ogromnych opadów deszczu nie doświadczyłem jakichś problemów organizacyjnych z tym związanych. Moim zdaniem wszystko zagrało (ku zdziwieniu wielu osób) tak jak miało. Dlaczego więc nam znowu musiało coś się nie udać? Dlaczego my będąc na przysłowiowym dnie zawsze musimy próbować sprawdzać czy aby na pewno nie ma nic poniżej? Niestety często udaje nam się przekonać, że można jednak upaść jeszcze niżej.
Wierzcie mi, nie jest łatwo pisać te wszystkie słowa. Samo ich pisanie boli. Jest to jednak moja subiektywna reakcja na wydarzenia wczorajszego dnia. Jako, że jednak staram się ostatnio doszukiwać choćby najdrobniejszego dobra w każdej sytuacji liczę na to, iż wyciągniemy z tej lekcji same pozytywne wnioski i uda nam się zatrzeć to poczucie niesmaku i wstydu. Najlepiej, aby udało nam się to dzisiaj na boisku. Wierzę, że tym razem nic nie zawiedzie i nasza reprezentacja wyjdzie na boisko z podniesionym czołem. Wynik meczu w tym momencie jest dla mnie rzeczą drugorzędną. Zagramy na skalę naszych możliwości. Zamierzam dziś po raz drugi zasiąść do oglądania meczu Polska – Anglia. Oby tym razem wszystko poszło sprawnie a samo oglądanie tego wydarzenia przyniosło mi wiele radości i satysfakcji.
I tym optymistycznym akcentem kończę ten zdecydowanie mniej niż zwykle optymistyczny tekst. Pozdrawiam serdecznie :-)
wtorek, 9 października 2012
W oczekiwaniu na skok z przestworzy... no i podziękowania :-)
Jestem pod wrażeniem naszego skoczka z Roswell. Mam nadzieję, że pomimo niesprzyjających wcześniej warunków atmosferycznych uda się oddać skok i przede wszystkim bezpiecznie powrócić na ziemię. Jednocześnie chciałbym podziękować za pierwsze sto wizyt na moim blogu. Część z nich to pewnie moje własne odwiedziny w czasie pierwszych etapów bloga i testowania go. No ale zdecydowana większość to jednak Wasze wizyty za które dziękuję. Szkoda tylko, że po lekturze nie nachodzą Was jakieś wnioski i opinie którymi chcielibyście się ze mną podzielić. Śmiało - nie ma się co krępować. Wasze wypowiedzi mogą sprowokować mnie do jakiegoś kolejnego ciekawego posta. Tak więc jeszcze raz zachęcam i zapraszam do dyskusji.
Baumgartner cały czas przygotowuje się do skoku. Kątem oka zerkam na transmisję w TVN 24. Bardzo mocno trzymam kciuki za jego sukces. Tak w ogóle to bardzo interesują mnie tego typu wydarzenia - wydarzenia bez wątpienia przełomowe, które w jakiś sposób mogą się odbić szerszym echem nie tylko w mediach. Sukces może spowodować zachętę dla innych do działania. W końcu nie od dzisiaj wiadomym jest, że sukcesy bardzo nas motywują - sprawiają, że chce nam się dalej działać i próbować.
Niestety właśnie podano, iż misja zostaje przerwana. Zbyt silny wiatr spowodował przerwanie misji w dniu dzisiejszym. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda się jednak oddać ten skok. Bezpieczeństwo człowieka jest jednak najważniejsze i doskonale rozumiem decyzję organizatorów. Mam również świadomość tego, że dla samego Baumgartnera musi to być nieco rozczarowujące. Z pewnością miał dzisiaj ochotę oddać ten skok. Ciekaw tylko jestem na jak długo misja została przerwana.
Wiem, że dzisiejszy wpis był nieco nietypowy - ale cała sytuacja związana ze startem Stratosa w jakiś sposób mnie poruszyła - tak więc tematyka się zgadza :-) Pozdrawiam Was serdecznie patrząc jednocześnie na rozczarowany wyraz twarzy Felixa Baumgartnera. Oby w końcu się udało :-) Trzymajcie się!
wtorek, 2 października 2012
Pędzące życie... czyli - gdzie się podziała nasza radość życia?
Dzisiaj na początku będzie nieco filmowo. Kto z Was miał przyjemność oglądać w niedzielny wieczór w telewizji publicznej film „August Rush”? Tytuł przetłumaczony na polski to „Cudowne dziecko”. Niekiedy mam lekki ubaw z tego w jaki sposób tłumaczone na nasz język są niektóre tytuły filmów. Z drugiej jednak strony staram się zrozumieć, iż po polsku niektóre sformułowania mogłyby wydawać się dla nas niezrozumiałe czy też po prostu śmieszne. Zadaniem tłumacza w takim momencie jest stworzenie takiego tytułu, który niejako odzwierciedla istotę i sens całego filmu. W tym wypadku z „Sierpniowego Pędu” powstało „Cudowne dziecko”. Z drugiej jednak strony w tym przypadku można było pozostawić tytuł oryginalny, gdyż August Rush to pseudonim głównego bohatera – dziecka o imieniu Evan Taylor – obdarzonego niesamowitą wrażliwością i talentem tworzenia symfonii z otaczających nas dźwięków. Więcej nie będę zdradzał. Ci którzy film widzieli wiedzą o co w nim chodzi – a Ci co nie widzieli niech obejrzą i wyrobią sobie swoje własne zdanie. Dla mnie film jest warty uwagi i sam (pomimo wielu niepochlebnych opinii na jego temat) wystawiłem mu mocną dziewiątkę w dziesięciopunktowej skali jednego z portali o tematyce filmowej.
Dlaczego jednak odnoszę się w ogóle do tego filmu? Otóż oglądając go (po raz kolejny) odniosłem wrażenie, że pewnej rzeczy zazdroszczę głównemu bohaterowi. Pomimo pewnych perturbacji losu, którego go doświadczyły – chłopiec ten czerpał niesamowitą radość życia z tego co kochał najbardziej, bez czego nie mógł wręcz żyć – z muzyki. Muzyki, która była jego ogromną pasją. Oglądając film widać tę radość życia, chłopiec wręcz nią emanuje i sprawia, że i na moich ustach pojawia się uśmiech – zarażam się jego radością. Nie wiem jak jest w Waszym przypadku, ale ja w dzisiejszych czasach rzadko kiedy widzę na czyjeś twarzy podobną radość. Owszem – w paru przypadkach takową zauważyłem. I wówczas również pojawiało się to kłujące poczucie zazdrości. Zastanawiałem się co jest w tych ludziach takiego, że potrafią odczuwać tę bezgraniczną radość? Moim zdaniem jest to pasja wykonywania tego czym się zajmują i fakt, że przynosi im to ogromne szczęście i poczucie samospełnienia. Podobną radość dostrzegłem kiedyś na koncercie pewnej irlandzkiej grupy. Wszyscy muzycy występujący na scenie byli weseli i uśmiechnięci. Widać było, że to co robią przynosi im szczęście. Odniosłem wrażenie, że nie robią tego jedynie dla pieniędzy (bo i ten powód z pewnością był istotny). Grający muzycy uśmiechali się do siebie nawzajem i zarażali tą swoją radością publiczność, która wtedy potrafiła się przyłączyć do radości przeżywania występu i docenić go gromkimi brawami.
Poczucie tej zazdrości radości życia skłoniło mnie do pewnego rodzaju przemyśleń. Gdzie się podziała moja własna radość życia? To niesamowite uczucie błogości, które bardzo często towarzyszyło mi w czasach dzieciństwa – w czasach pozbawionych praktycznie wszelkich trosk. W czasach gdy nie musiałem się niczym przejmować –ani tym czy będę miał na rachunki ani tym czy mam co do garnka włożyć. Powiecie pewnie w tym momencie – no ale zaraz – okres dzieciństwa się skończył i nadeszło prawdziwe dorosłe życie, którego nieodzownym elementem są troski, odpowiedzialność za innych itp. Oczywiście, że tak. Ale z drugiej strony z pewnością wiele razy (być może nawet w ciągu każdego dnia) świadomie lub nieświadomie tęsknimy za tymi beztroskimi chwilami dzieciństwa. Czasami gdy nawet najdrobniejszy prezent przynosił nam ogromną radość. Gdy śmialiśmy się na widok uśmiechających się do nas rodziców. Towarzysząca nam obecnie wieczna odpowiedzialność i nieodzowny stres zabijają w nas naszą radość życia.
Postanowiłem ją przywrócić do mojego życia. Odnaleźć ją w głębi swojego ja. Wydobyć na zewnątrz i sprawić by znowu stała się częścią mojego życia. Oczywiście nie zacznę nagle chodzić po ulicy z przysłowiowym „bananem” na twarzy i powodować, że mijający mnie ludzie wezmą mnie za czubka. Zamierzam po prostu emanować tą radością życia – nie tylko w sposób zewnętrzny. Chciałbym zarazić tym uczuciem jak najwięcej ludzi. Choćby poprzez pocieszanie ich w trudnych chwilach i dodawanie otuchy. W rozmowie z Wami nie mogę obiecać, że wszelkie troski odejdą niczym za dotykiem czarodziejskiej różdżki. Musimy jednak mieć nadzieję na lepsze życie – na to, że może nas spotkać w życiu coś cudownego i radosnego. No bo dlaczego by nie miało nas spotkać? W czym jesteśmy gorsi od innych? Skąd bierze się nasze uczucie braku własnej wartości?Czy to, że ktoś chce nam wmówić, że jesteśmy tacy czy owacy powoduje, że mamy takimi być? Nie! I powiedzmy to sobie jasno i wyraźnie – tak być nie musi!!! Jeśli nasze otoczenie ma na nas zły wpływ – zmieńmy je! Otaczajmy się ludźmi podobnymi do nas, którzy mają podobne zainteresowania i podobne podejście do życia. Żyjmy szczęśliwi i zarażajmy innych naszym szczęściem. Odnajdźmy naszą radość życia i dzielmy się nią ze światem. Cieszmy się z najmniejszych rzeczy. Człowiek szczęśliwy jest zdrowszy.
Życzę Wam byście odnaleźli Waszą dziecięcą radość życia i by stała się ona Waszą nieodłączną częścią. W chwili gdy czytacie te słowa spróbujcie uśmiechnąć się do osoby z którą w tym momencie przebywacie w pomieszczeniu. Powiedzcie swoim najbliższym, że ich kochacie a gdy spytają za co (choć nie powinno się tego robić) to odpowiedzcie, że choćby i za to, że są w tej chwili z Wami. Starajmy się częściej uśmiechać. Jak mówi stare przysłowie –„śmiech to zdrowie”. Powtórzę więc kolejny raz - bądźmy zdrowsi. Tym optymistycznym akcentem kończę swój wpis. Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego i pełnego szczęścia i uśmiechu dnia :-)
piątek, 28 września 2012
Nie mam na to czasu... czyli nieco o tym jak organizujemy sobie czas.
To chyba jedno z najczęściej używanych przez nas określeń – „Nie mam na to czasu…”. Ostatnio jeden z moich kolegów zapytał mnie skąd mam jeszcze czas na prowadzenie bloga, gdyż on z pewnością by tego czasu nie znalazł. No i tak zacząłem się zastanawiać nad tą kwestią. W sumie mój blog funkcjonuje od niedawna. Znalazło się tu wprawdzie już parę tekstów i statystycznie wypadam nie najgorzej. Ale skąd tak naprawdę mam czas na prowadzenie tego bloga? No i z drugiej strony czy wymaga to aż tak wiele czasu?
W moim przypadku jest tak, że bardzo często pomysł na wpis pojawia mi się w miejscach, w których nie mam dostępu do komputera. Najczęściej myśli kłębią się w mojej głowie w trakcie podróży autobusem. Pojawia się pomysł i aż by się chciało mieć pod ręką klawiaturę, aby przelać te wszystkie myśli i podzielić się nimi z Wami. Prawda jest taka, że po powrocie do domu część z tych myśli ucieka – bezpowrotnie lub do czasu następnej podróży autobusem ;-) Samo pisanie nie zajmuje mi aż tak dużo czasu. Jak już zasiądę do klawiatury to słowa jakoś samo się wstukują. No i później wychodzą czasem nieco dłuższe a czasem nieco krótsze teksty. Zależy od natchnienia :-)
Wychodzi więc na to, że z tą organizacją czasu na pisanie bloga nie jest aż tak tragicznie. Wydaje mi się, że jeśli ktoś chce się ze światem czymś podzielić to znajdzie tych kilka minut. Wystarczy raz na jakiś czas troszkę inaczej sobie zorganizować dzień – właśnie tak,by móc sobie pozwolić na tych kilka minut przy komputerze. W moim przypadku zauważyłem, że jeśli rano wstanę o dziesięć minut wcześniej to oczywiście jestem w stanie dużo więcej rzeczy zrobić, szybciej się przygotować do wyjścia z domu do pracy. Jest to oczywiście logiczne. Więcej czasu to i więcej można zrobić. No ale nie muszę chyba nikomu mówić jak ciężko jest rano podnieść się z łóżka, nie? Te dodatkowe dziesięć minut leżenia i nic nie robienia wydaje nam się niekiedy na wagę złota. Wiem – bo sam tak zazwyczaj uważam. Ale jak już uda mi się jednak wywlec moje cztery litery z łózka to doceniam ten dodatkowy poranny czas. Mam wrażenie, że mimo wszystko mój organizm nie zauważy tych brakujących dziesięciu minut na regenerację.
Wiem wiem – zaraz powiecie, że mówię tu o rzeczach oczywistych. No ale prawda jest taka, że mam tego świadomość. Niekiedy jednak nie zdajemy sobie sprawy z tego, że te dodatkowe dziesięć minut w ciągu dnia może przynieść wiele korzyści. Mało tego – te dziesięć minut potrafi niekiedy całkowicie odmienić życie :-) Posunę się tutaj nieco do ostateczności i lekkiej przesady – no ale co tam… Nawet na przykładzie różnych filmów widać niekiedy, że gdyby bohater w danej chwili nie wyszedł z domu (tylko później lub wcześniej) to być może nie stałoby mu się coś złego czy wręcz tragicznego… Tak – lekki hardcore wiem… Ale z drugiej strony ten sam bohater nie wychodząc wcześniej z domu mógłby przykładowo nie zdążyć na wcześniejszy autobus – w którym przykładowo mógłby spotkać miłość swego życia… Życie układa różne scenariusze – z pewnością wszyscy mamy tego świadomość. Posłużyłem się tu może nieco przerysowanymi schematami – ale chciałem mniej więcej zobrazować to co miałem na myśli.
Sam nie jestem mistrzem w planowaniu swojego czasu. Niekiedy kieruję się zasadą „co masz zrobić dziś zrób pojutrze – będziesz mieć dwa dni wolnego” :-) Do pewnego momentu może i wydawało się to wygodnym rozwiązaniem. Biorąc jednak pod uwagę, że ostatnio staram się nieco zmienić swoje życie to wydaje mi się, że rozsądnie będzie zrezygnować ze stosowania tej zasady. Oczywiście mam pełną świadomość, że pewnie nie przyjdzie to tak lekko i z dnia na dzień – ale jeśli uda mi się być bardziej systematycznym i konsekwentnym w swoich działaniach to ta korzystna zmiana przyjdzie sama z czasem i już ze mną zostanie. Tego w tym miejscu życzę sobie i wszystkim tym, którzy mają problemy z systematycznością. Uważam, że jest to jedna z moich najbardziej przeszkadzających mi wad. Pewnie dlatego będę starał się ją zwalczyć. Być może zaraz ktoś zapyta – skoro mam świadomość tej wady i pewnie miałem już tę świadomość od jakiegoś czasu, to dlaczego wcześniej nie postanowiłem tego zmienić? Odpowiem szczerze, że nie wiem. Być może z powodu jakiejś formy własnego lenistwa i wygodniactwa? Więc dlaczego nagle ta zmiana? Dlaczego teraz? – zapyta ktoś kolejny. Jedyna odpowiedź jaka mi się w tym momencie nasuwa to „A dlaczego nie właśnie teraz?”. Każdy moment jest dobry na to, aby zdać sobie świadomość ze swoich błędów, wad i starać się je zmienić. Każdy moment jest dobry, by zacząć zmieniać swoje życie na lepsze.
I tym optymistycznym akcentem dziękuję Wam na dzisiaj i tradycyjnie serdecznie pozdrawiam. Życzę miłego weekendu wszystkim tym, którzy tu zaglądają. A jeśli podoba Wam się to co tutaj piszę, to śmiało dzielcie się adresem tego bloga z innymi. Być może ktoś po przeczytaniu moich słów również postanowi zmienić swoje życie? Tego życzę sobie i wszystkim tym którzy tego pragną :-)
środa, 26 września 2012
Porozmawiajmy o pogodzie... czyli czy naprawdę nie mam Ci już nic do powiedzenia?
Witam serdecznie. Ostatnio się troszkę zaniedbałem i nic nie pisałem. Jakoś tak wyszło niestety, że brakowało czasu. Ale postaram się już za momencik Wam to wynagrodzić. Dzisiaj na warsztat biorę dość ciekawe zjawisko. Z pewnością wiele razy zauważyliście, że prowadzone przez Was rozmowy w pewnym momencie potrafią wejść na – niech no tak to określę – tak zwany „uniwersalny temat” –temat pogody. Z tematem tym bardzo często wiąże się przekonanie, z którego zazwyczaj zdajemy sobie sprawę nieco później lub nawet już w trakcie rozmowy. Czy mam jemu/jej jeszcze coś do powiedzenia? Czy wyczerpaliśmy już wszystkie tematy? Czy tak naprawdę niewiele mamy sobie do zaoferowania w czasie rozmowy? Czy z powodu różnic (choćby w poglądach) jakie nas dzielą nie mamy sobie już nic do powiedzenia?
Prawda jest taka, że i ja sam niekiedy powtarzam sobie te pytania. Ale z drugiej strony tak sobie myślę, że ogromne różnice w poglądach potrafią być dużym polem manewru w rozmowie. Jeśli jestem na tyle silny w swoich przekonaniach – to dlaczego nie miałby to być wstęp do (choćby nawet i zażartej) dyskusji? Często jest tak,że nasze poglądy ukształtowały się na przestrzeni wielu lat i nikt nie jest w stanie wyperswadować ich nam w trakcie jednej rozmowy. Ale z drugiej strony może warto czasem poznać czyjeś zdanie na jakiś temat? Uważam, że nikt nie jest nieomylny i wszystkowiedzący (wiadomo oczywiście poza kim). Nie bójmy się dyskutować. Jak to powiedział pewien klasyk –„warto rozmawiać” :-) I tak właśnie uważam –warto. Nie wstydźmy się swoich przekonań – choćby innym mogły się wydawać naiwne czy wręcz infantylne. Jesteśmy w końcu sami panem swojego losu. Ostatnio dochodzę do wniosku, że warto uczyć się na swoich błędach. Niekiedy pewnych rzeczy trzeba naprawdę samemu doświadczyć w życiu, by poczuć ich wartość. Często jeśli słyszymy czyjeś historie to w duchu podśmiewamy się z zachowań innych uważając wprost – „Ja w takiej sytuacji z pewnością bym się tak nie zachował”. Ale czy byłem w takiej sytuacji? Czy potrafię samego siebie na sto procent zapewnić, że na przykład w sytuacji pewnego zagrożenia nie sparaliżowałby mnie paniczny strach?
Co do nauki na swoich błędach to oczywiście nie namawiam tu nikogo do jakichś sytuacji ekstremalnych. Z drugiej strony nie znam chyba nikogo takiego, kto decydując się na pewne zachowanie wiedziałby z góry, że popełnia błąd, który będzie go kosztował naprawdę sporo. Człowiek jest jednak niekiedy zmuszony do pewnych ogromnych wyrzeczeń i musi podejmować pewne decyzje, których ryzyko jest mu z góry znane. Nikomu jednak tego nie życzę. Nie jest łatwo tak do końca to wszystko wytłumaczyć. Podejście do tego tematu jest z pewnością kwestią indywidualną i wiele osób może się nie zgodzić z tym wszystkim co tu piszę. Po raz kolejny jednak zapewniam, że w tym miejscu moim celem jest przedstawienie mojej wizji wszechświata :-) Patrząc z perspektywy lat sam dostrzegam pewne sytuacje, które wolałbym inaczej przeżyć. Pewnych wyborów nie da się również cofnąć. Ale to te sytuacje i te wybory w pewien sposób ukształtowały mnie takim jakim jestem. A na chwilę obecną sytuacja wygląda tak,że lubię siebie właśnie takim.
Wracając jeszcze na chwilkę do pogody. Sam każdego dnia rano sprawdzam na dwóch portalach pogodowych co mnie dzisiaj czeka na dworze. Na dzisiaj nie zapowiadali deszczu… uffff…. :-) Wiele razy podśmiechuje się w duchu, że jeśli w rozmowie z kimś zejdziemy na temat pogody to będę przynajmniej na bieżąco :-) Z uwagi na fakt, że ostatnio staram się jednak zmienić swoje nastawienie do pewnych rzeczy, to zacząłem w tym „temacie uniwersalnym” szukać tego „większego dobra”. Z reguły – przynajmniej w moim przypadku – temat pogody prowadzi nieubłagalnie do końca dialogu. Zazwyczaj po wymianie poglądów atmosferycznych rozmowa się kończy – a jej uczestnicy się rozchodzą. Chyba, że nastąpi pewnego rodzaju przełom. Przełom ten może być spowodowany choćby wprowadzeniem do gry nowego gracza – pojawi się kolejny rozmówca, który spowoduje ponowne ożywienie dialogu. Sam jednak zamierzam albo ograniczyć rozmowy na „temat uniwersalny” albo wręcz spróbować go wykorzystać na korzyść rozmowy. Przykładowo – niech opisanie dzisiejszej pogody spowoduje uruchomienie mojej pamięci. Dzisiaj wrześniowe słoneczko przebijające się nieśmiało przez okna nastraja mnie pozytywnie do świata. Dzisiaj świeci słońce – a rok temu mniej więcej o tej porze przykładowo padał deszcz. No ale to przecież dokładnie rok temu byłem z moim rozmówcą na piwie/kawie/pizzy. Rozmawialiśmy o tym i o tamtym. Zastanawialiśmy się co się dzieje z Kryśką/Romanem/Stefanem. A w sumie to ciekawe co tam u nich. Porozmawiajmy właśnie o nich. Zapoczątkujmy nowy temat. Kontynuujmy rozmowę. Jeśli tylko mamy tego możliwość i mamy na to czas. Ale szukajmy tego czasu. Nie strońmy od innych ludzi. Wymieniajmy się poglądami, doświadczeniami. Naprawdę warto.
No chyba, że jesteśmy już do kogoś tak bardzo uprzedzeni, że nie widzimy sensu w rozmowie z nim. Ale z drugiej strony dlaczego jesteśmy uprzedzeni? Czy ten ktoś wyrządził nam aż taką krzywdę? Czy nie jest warty tego byśmy poświęcili mu trochę czasu? Nawet jeśli jesteśmy skonfliktowani z tą osobą – to może warto zrobić sobie pewnego rodzaju rachunek tego czy ten konflikt ma nadal sens? Może nasz niedoszły adwersarz sam nie ma odwagi by wyciągnąć do nas rękę na zgodę? Więc my to uczyńmy. Nauczymy się żyć w zgodzie z innymi. Człowiek jest istotą społeczną. Tak jak my potrzebujemy innych ludzi do prawidłowego funkcjonowania – tak i oni potrzebują nas. Nie zamykajmy się na nowe wyzwania i nowe znajomości. Może któraś z tych znajomości odmieni nasze życie?
Pozdrawiam Was ciepło i serdecznie w ten słoneczny wrześniowy poranek i zachęcam do komentowania. Jakie jest Wasze zdanie na ten temat? POROZMAWIAJMY :-)
piątek, 21 września 2012
"Niestety nie ma"... czyli - bo książka była zbyt nowa
Wczoraj spotkałem się z zupełnie nowym zjawiskiem, o którym postanowiłem napisać tu parę słów. Ten wpis pewnie będzie zdecydowanie krótszy niż poprzednie – no ale jakoś nie daje mi to spokoju i muszę to z siebie wyrzucić – przelać przez palce do klawiatury i docelowo na bloga…
Wczorajszy dzień mógłbym śmiało określić jako „niewypał literacki”. Jak już pisałem na wstępie – to dla mnie zupełnie nowe zjawisko. Ostatnimi czasy ukazała się na rynku pewna książka, którą chcieliśmy z moją lepszą połową sobie przejrzeć pod względem zawartości. Nie będę się wdawał w szczegóły lecz z kolei zamierzam nieco uogólniać. Szczegóły nie są istotne –ważny jest sam sens. Tak więc wracając do książki… Jest to pozycja, że tak powiem „branżowa” – tak więc nie jest dostępna w każdej księgarni. Jako, że znam troszkę miasto to wiedziałem mniej więcej gdzie szukać…
I tu pojawił się mój pierwszy błąd. Od czasu do czasu najlepiej zweryfikować pewne swoje informacje. Od pewnego czasu nie zaglądałem już do pewnej księgarni, którą miałem w zwyczaju od czasu do czasu odwiedzać w celu zakupu tych „branżowych” książek. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że… w tamtym miejscu księgarni już nie ma. Została przeniesiona praktycznie na drugi koniec miasta. Niestety był to mój główny cel poszukiwań jeśli chodzi o potencjalną lokalizację książki. No nic… niezrażeni (jeszcze) postanowiliśmy sprawdzić jeszcze inne miejsca.
Niestety w Empiku książki również nie było… Zamówienie nie zostało jeszcze zrealizowane, w systemie książki nie ma – tak więc na sto procent nie będzie jej również na półce. Mniej więcej taką informację otrzymaliśmy od pani sprzedawczyni. Hmmm… robiło się nieciekawie. Drugi pewniak lokalizacyjny upadł. Na końcu pani sprzedawczyni powiedziała jeszcze, że z uwagi na fakt, iż jest to książka pewnego konkretnego wydawnictwa – to może być ona jeszcze dostępna w jednej księgarni…
Kolejny wyznaczony cel podróży – właśnie ta jeszcze jedna księgarnia, w której też już od pewnego czasu nie byłem. Baaa… nie pamiętałem nawet dokładnie jej nazwy. Mijając pod drodze dwie inne księgarnie (które z miejsca wykluczyłem) dotarliśmy na znane mi miejsce lokalizacji. I tu powielił się praktycznie mój pierwszy błąd hehe… Księgarnia przeniesiona – na szczęście tym razem znacznie bliżej – a dokładnie w miejsce jednej z wykluczonych przeze mnie księgarni. Pomyślałem, iż chyba wyczerpaliśmy już limit „literackiego pecha” i ochoczo ruszyliśmy w kierunku celu.
Na miejscu okazało się, że… oczywiście, co? Książki nie ma. Jest to nowa pozycja a księgarze ostatnie zamówienie do wydawcy składali… trzy miesiące temu… Chyba przekleństwem tej książki jest fakt, iż jej premiera była pod koniec ubiegłego miesiąca. Nikt jej jeszcze nie ma – bo jest zbyt nowa. Jakoś dziwnym trafem nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją. Wydawnictwo jest (przynajmniej takie jest moje zdanie) renomowane a książka praktycznie nie dostępna. Fakt – nie są to jakieś przygody młodego czarodzieja czy jakiś poczytny romans… no ale jednak. Podejrzewam, że w tej pierwszej przeniesionej księgarni mógłby pojawić się podobny problem. Książka ta nie jest również dostępna w żadnej bibliotece. Z pewnością również dlatego, że jest zbyt nowa…
No i to by było na tyle. Po nieudanej wyciecze wróciliśmy do domu wybitnie rozczarowani.
Pozdrawiam serdecznie :-)
środa, 19 września 2012
Kłopot z oknami... czyli podaj kolejne sześć cyfr.
W sumie to nie miałem w planach nic dzisiaj pisać. Ostatnio jestem dość mocno zarobiony i w związku z tym miałem sobie zrobić dzisiaj dzień przerwy od bloga. No ale życie układa czasem nieco inne scenariusze i biorąc pod uwagę wydarzenia wczorajszego popołudnia postanowiłem zmienić zdanie…
Wczorajszy dzień nie należał do zbyt miłych i był dosyć nerwowy. Miałem nadzieję, że chociaż po powrocie do domu troszkę się wyciszę i uspokoję. W końcu między innymi temu służy cisza domowego ogniska, czyż nie? No i z początku wszystko było bardzo miło. No ale do czasu… Do czasu gdy nie siadłem do komputera aby nad czymś popracować. Z początku wszystko dobrze, system się załadował i nic nie wskazywało na jakikolwiek problem. Ostatnio przeinstalowywałem system tak więc nie miałem jeszcze wszystkiego przywróconego do stanu sprzed reinstalacji – ale większość programów (tych najważniejszych dla mnie) udało mi się już przywrócić. Zająłem się sprawdzeniem poczty. W pewnym momencie w prawym dolnym rogu wyskoczyła mi „chmurka” z informacją, iż trwa aktywowanie systemu Windows. Pomyślałem – no tak – jeszcze nie zdążyłem go aktywować po instalacji. Za momencik system się aktywuje i będzie wszystko ok. No ale nie było. Po chwili wyskoczyła kolejna „chmurka” z ulubionym komunikatem pod nazwą „błąd”. Pewnie jakiś problem z internetem albo za dużo aplikacji otwartych więc system głupieje (co niekiedy też się zdarzało). No to reset. Sposób dobry na prawie wszystko (bo sposób dobry na wszystko to tradycyjny format c: :D). Po resecie to samo. Hmmm… Może pomyliłem się przy wpisywaniu klucza przy instalacji systemu. No to wpiszemy jeszcze raz. Nadal nic... Komunikat w stylu „Twój klucz programu jest już używany” napędza czarne myśli. Zwłaszcza w czasach, gdy różni ludzie są w stanie wykraść różne informacje z Twojego komputera bądź też potrafią posłużyć się Twoim kluczem programu…
Napięcie rosło. Wcześniejsze wydarzenia dnia spowodowały, iż poczułem się jakbym wygrał w kumulacji. Niestety nie była to kumulacja totka – tylko kumulacja negatywnych wrażeń i wydarzeń. Zacząłem się lekko denerwować. Wiadomo, iż wtedy zdarza się, że człowiek racjonalnie nie myśli. Czas sięgnąć do wyszukiwarki i wpisać hasło w stylu „problem z aktywacją windows”. Olśnienie! Na jednym z internetowych forów znalazłem informację, iż system elektronicznie mogę aktywować jedynie 5 razy. Później pozostaje już tylko aktywacja telefoniczna.
No to spróbujmy. Dwa numery telefonów. Infolinia (801 o ile dobrze pamiętam) i stacjonar na warszawskim numerze (normalnie płatny). Opcja sms niedostępna. Z braku stacjonara pod ręką zdecydowałem się na opcję droższą niestety. Chwyciłem za komórkę i wybrałem numer. Po drugiej stronie usłyszałem damskim głos witający mnie słowami w stylu „Witamy w centrum obsługi firmy Microsoft” (już dokładnie nie pamiętam – ale coś w ten deseń). Jeśli chcesz aktywować zainstalowany system naciśnij „1”. Jeśli jesteś użytkownikiem domowym naciśnij „1” (hmmm… ciekawe ile jeszcze tych „jedynek”). Głos zmienił się na męski. Kolejne instrukcje. Moja irytacja nasilała się. W związku z tym przestałem chyba racjonalnie myśleć. No i nie bardzo wiedziałem co mam zrobić dalej hehe… Coś ewidentnie przyciemniło mój tok myślenia… W nerwach rozłączyłem się…
Pomyślałem – kurde, muszę to jakoś jednak odpalić. W tym momencie powiedziałem sobie „Chłopie –weź się w garść i uspokój. W nerwach nic dobrego nie zrobisz”. Wybrałem po raz kolejny numer, powciskałem „jedynki” – no i mnie olśniło hehe. „Jedynie spokój nas uratuje” – jest chyba takie przysłowie (albo coś w tym stylu) – a jeśli nie ma to powinno być :-) Cała instrukcja jest dość prosta. Przy telefonicznej aktywacji systemu mamy na ekranie wyświetlone (chyba) osiem sześciocyfrowych ciągów, które należy zgodnie z instrukcją po kolei wklepywać przez telefon (średnia jak dla mnie przyjemność robić to przez dotykowy telefon – wciąż chyba jednak nie mogę się do niego przyzwyczaić). Później – po weryfikacji naszego klucza produktu – otrzymujemy kod, który należy wpisywać na ekranie komputera (bodajże osiem sześciocyfrowych ciągów). Na szczęście czynność odsłuchania kolejnych ciągów można powtarzać, gdyż przyznam, że dość szybko są one podawane. Po zakończeniu wpisywania wystarczy kliknąć na dole zakończ (bądź dalej – już nie pamiętam ;-) i czekać na komunikat o poprawnej aktywacji systemu. Oczywiście komunikat wyświetli się jeśli wszystko zrobiliśmy poprawnie :-) Na szczęście w moim przypadku tak było.
Przyznam, iż lekkie skupienie, które było wymagane przy tej aktywacji, spowodowało chyba, iż nieco ukoiłem w końcu nerwy. Reszta wieczoru przebiegła już spokojnie (między innymi na obejrzeniu kolejnego odcinka „M jak miłość” hehe). Wychodzi na to, że skupienie = uspokojenie :-) W sumie sam do końca nie wiem czy przekroczyłem liczbę aktywacji elektronicznych czy też (bo i z taką opinią się spotkało) zbyt szybko po raz kolejny przeinstalowywałem system (ostatnio robiłem to chyba niestety niecały miesiąc temu). Na szczęście wszystko już gra i buczy :-) I tym optymistycznym akcentem – kończę na dzisiaj. Pozdrawiam serdecznie :-)
wtorek, 18 września 2012
Zamknęli mi sklep... czyli (na mój prosty sposób) troszkę o sile przyzwyczajenia.
Dziś będzie troszkę banalnie na swój sposób. No ale do rzeczy. Stało się. Mój jedyny dyskont w okolicy został zamknięty. Zgodnie z informacją podaną przy drzwiach „Z dniem 16 września sklep zostaje zamknięty z powodu generalnego remontu”. No i niby wszystko fajnie. Człowiek powinien się cieszyć – no bo w końcu wygląda na to, że po remoncie powinno być lepiej, czyż nie? Chyba nikt nie robi remontu, aby było gorzej? Tak więc ogólnie nie mam powodu do niezadowolenia. Może jedynie poza tym, że wraz z remontem sklepu znika z niego źródło moich mielonych, schabowych itp. – czyli mój sklep mięsny. Niestety nikt nie wpadł na pomysł, aby w sąsiedztwie otworzyć nowy sklep – bądź też (co byłoby dla mnie najlepsze w tym momencie) – przenieść tamten sklep. Do czego jednak zmierzam z tym sklepem? Otóż – przyzwyczaiłem się do smaku tamtejszych wędlin. Oczywiście pewnie trudno byłoby powiedzieć, że jest to jakaś klasa światowa lub coś w tym rodzaju. Ale w momencie kiedy człowiek ma już coś wypróbowanego, sprawdzonego – to pojawia się ta jedna rzecz, o której chciałbym dziś parę słów napisać. Pojawia się przyzwyczajenie.
Wspomniana przeze mnie forma przyzwyczajenia to oczywiście tylko jedna z jego form. W ogóle dość ciekawie podszedłem do tematu – no ale nic. Na swoim przykładzie uważam, że człowiek błyskawicznie przyzwyczaja się do dobrego. Przynajmniej zazwyczaj tak jest. Istnieją z pewnością jakieś indywidua, którym przychodzi to z czasem lub nigdy (?). Nie – takiej osoby to ja chyba nie znam. Tak więc w poszukiwaniu towaru zastępczego –czyli innego dostawcy wędlin – muszę zrezygnować z mojego przyzwyczajenia. Przyzwyczajenia do smaku, do wygody zakupu, do bliskiej odległości do sklepu… Jest tego troszkę. Ale nie ma co się łamać… W gospodarce rynkowej jest tak,że czasem jeden zyskuje – a drugi traci. Jak na złość niestety zazwyczaj tym który traci jest przede wszystkim konsument – w tym wypadku ja, Ty, zwykły Kowalski czy Nowak.
Ale wracając do tego przyzwyczajenia. W moim przypadku często posługuję się stwierdzeniem, że szybko przyzwyczajam się do dobrego. Zwyczajowo posługuję się nim w żartach – choćby po powrocie po weekendzie do pracy. Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego – czyli przesiada się z trybu roboczego (od poniedziałku do piątku) do trybu weekendowego. Odpowiedzcie mi tylko przy okazji – dlaczego sobota i niedziela to dwa najszybciej mijające dni w tygodniu? Człowiek rozpoczyna sobie weekend w piątek popołudniu i ani się obejrzy to już jest niedziela wieczór. Tych osiem godzin w pracy każdego dnia jakoś tak szybko nie mija… ;-) No ale nie ma co narzekać – trzeba dostrzegać dobro w tej całej sytuacji. Weekend daje nam szansę na nadrobienie różnego rodzaju zaległości – czy to społecznych (spotkania ze znajomymi, z rodziną) czy też tych związanych z naszymi prywatnymi sprawami.
Wygląda na to, że jednak zaczynam troszkę odbiegać od tematu, który sobie założyłem. Jeśli do tego dojdzie – to proszę o wybaczenie :-) Do czego więc jeszcze się przyzwyczajamy? Choćby do niektórych zachowań ludzkich. Ileż to razy powtarzamy sobie – „To niemożliwe, że on/ona coś takiego zrobił/zrobiła”, „Jak mogłeś/mogłaś tak powiedzieć?”. Wydaje mi się, że bardzo często kodujemy sobie schematy zachowań pewnych osób, zwłaszcza tych których najlepiej znamy (lub wydaje nam się, że ich najlepiej znamy). No bo przecież my ich ZNAMY. Nie mogą nas niczym zaskoczyć. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego schematu zachowań. Ale życie jak to życie – potrafi niekiedy bardzo zaskakiwać. Zarówno w pozytywny jak i negatywny tego sposób. Wracając jeszcze do ludzkich przyzwyczajeń – to nie wiem jak Wy – ale ja niekiedy przyzwyczajam się po prostu do innych ludzi. Przykładowo idąc do pracy – wiem, że zastanę tam przysłowiową Kryśkę, Maćka, Ryśka, Baśkę. Mam jakby zakodowane, że oni tam najzwyklej w świecie będą. W momencie gdy Kryśka zmieni pracę – człowiek jest w stanie czuć pewną pustkę. Coś w tym naszym wewnętrznym komputerku nie pasuje. Musimy się przeprogramować. Kryśki już w pracy nie spotkamy…
No i jeszcze na koniec parę słów o przyzwyczajeniach do rzeczy materialnych lub wręcz do pewnego standardu życia. Przykładowa sytuacja. Wracasz do domu i zdejmujesz buty. Zakładasz kapcie, które leżą zazwyczaj w tym samym miejscu – odruchowo rano odłożone właśnie na to miejsce. Również teczka/plecak ma swoje miejsce na które teraz trafia. Na kurtkę przeznaczony jest pierwszy wieszak od lewej. Mógłbym tak kontynuować i kontynuować. W tym miejscu pojawia się forma przyzwyczajenia określana również jako nawyk. Jakież jest nasze zdziwienie gdy szukamy kluczy od domu, które przecież zawsze leżały w tym miejscu… Jesteśmy przyzwyczajeni, że one tam właśnie mają leżeć… Wracając na chwilę jeszcze do myśli, iż człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego. Ma to również zastosowanie do dobrobytu. O ile wygodniej nam się żyje w momencie, gdy uda nam się nieco podnieść nasz standard życiowy… Ale pamiętajmy, że apetyt rośnie w miarę jedzenia… W tym momencie łatwo się pogubić i stracić prawdziwy życia sens… jedynie w pogoni za mamoną i pseudo szczęśliwością wynikającą z zasobności portfela…
Powiecie pewnie – o Matko co on znowu wymyśla. Wiem, że to dość oryginalne podejście do tematu przyzwyczajeń ludzkich. Ale to moje podejście :-) Jednym z uroków demokracji jest fakt, iż każdy człowiek (przynajmniej w teorii) ma wolność słowa i przekonań. Jestem zwolennikiem idei, że gdyby wszyscy byli tacy sami i tak samo myśleli – świat byłby najzwyczajniej w świecie nudny. Szarość dnia codziennego – a przede wszystkim szarość takich samych ludzi – nie pozwoliłaby normalnie żyć. Tym właśnie chciałem się dzisiaj z Wami podzielić. Takie są moje dzisiejsze przemyślenia. Jeśli dziś było dla Ciebie zbyt banalnie to cóż... Nie ma obowiązku dalszego tu zaglądania ;-)
Zapraszam do komentowania i być może do jakiejś formy dyskusji. Miłego dnia :-)