środa, 17 października 2012

Piłka wodna na Narodowym... czyli o tym, że jednak jest coś poniżej dna.

Dzisiejszy temat nie mógł być o czymkolwiek innym niż wczorajsze wydarzenie, do którego doszło na naszym cudownym Stadionie Narodowym. Hmmm… napisałem wydarzenie, do którego doszło… w sumie to jednak nie doszło do tego wydarzenia. Po raz kolejny człowiek został pokonany przez naturę? Niestety nie tym razem, gdyż wówczas można byłoby to w jakiś racjonalny sposób wytłumaczyć. Natomiast dla tego co wczoraj miało miejsce trudno jest mi znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie.

Przeglądając dzisiejszego poranka strony portalu społecznościowego nie zawiodłem się. Tak, nie zawiodłem się. Na naszych kochanych internautach. Od samego rana miałem możliwość oglądać fragmenty ciekawych artykułów udostępnionych przez moich drogich współinternautów (że tak ich nazwę). Moim oczom ukazała (wprawdzie średnia ale jednak) przeróbka zawodników obu reprezentacji w basenie uprawiających piłkę wodną. Na innym ze zdjęć artykuł z tytułem „A jednak zaskoczyliśmy Anglię”. Zdecydowanie ją zaskoczyliśmy, ale chyba każdy zgodzi się z tym, iż miało to być zupełnie innego rodzaju zaskoczenie.

Jeśli chodzi o grę naszej reprezentacji to mam do niej podejście lekko realistyczne. We wczorajszym meczu liczyłem na remis. Najlepiej byłoby widzieć przynajmniej po jednej bramce z każdej strony. Przy większej ilości bramek (dającej jednak ostatecznie remis) mecz byłby z pewnością jeszcze ciekawszy. Niestety nie było mi dane zobaczyć ani jednej bramki. Ba, nie było mi dane zobaczyć ani sekundy trwającego meczu. O ile ja obserwowałem te wszystkie wydarzenia w cieple domowego ogniska, o tyle najbardziej żal mi jest zdecydowanie kibiców. Kibiców którzy (jak było to zresztą wielokrotnie podkreślane przez komentatorów ze studia meczowego) przyjechali na ten mecz z całego kraju. Miało to być ogromne wydarzenie. Mecz Polska – Anglia. Takie coś nie zdarza się co pięć minut. No i mimo, iż mamy dość niekorzystny bilans meczowy to tego typu mecz zawsze wzbudza ogromne zainteresowanie (no przynajmniej wśród Polaków). A tu taki klops. Nigdy w życiu nie podejrzewałbym, że mecz nie odbędzie się z powodu deszczu. O ile sytuacja dotyczyłaby jakiegoś innego stadionu to rzecz mógłbym jeszcze zrozumieć. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z nowowybudowanym stadionem. Stadionem, który powinien być przygotowany na tego typu sytuacje. Nie chcę się teraz doszukiwać personalnej winy kogokolwiek. Nie w tym rzecz. „Daliśmy ciała” i wiadomość poszła w świat. Widać to choćby po wypowiedziach angielskich komentatorów, którzy w swojej transmisji użyli słów w stylu „Polska to dziwny kraj”. Chodziło oczywiście o przypomnienie sytuacji z meczu z Grecją, kiedy to przy wysokiej temperaturze dach był zamknięty, co podobno miało również ogromny wpływ na grę naszej reprezentacji. Tym razem jednak dach pozostał zamknięty. Taka była decyzja działaczy.

Czy tak trudno jednak sprawdzić w dzisiejszych czasach prognozę pogody? Mimo, iż nie mam dostępu do najnowocześniejszych technologii, byłem w stanie za pośrednictwem jednego z wielu portali internetowych sprawdzić pogodę. Wiedziałem, że praktycznie cały dzień ma padać deszcz. No i nie zawiodłem się na prognozie. Zabezpieczyłem się w jedyny sposób na jaki mogłem sobie pozwolić –wziąłem ze sobą z domu parasol. Rozłożyłem dach nad swoim osobistym stadionem. Nie było trudno, nic nie zawiodło w tym przypadku – ani czynnik ludzki ani czynnik techniczny. Skoro więc ja, zwykły śmiertelnik, byłem w stanie sprawdzić jaka będzie pogoda, to podejrzewam, że było to również możliwe w stolicy. Mało tego, podejrzewam, że tam są od tego specjalni ludzie, którzy mają przewidywać tego typu sytuacje i skutecznie im zapobiegać. Coś jednak poszło nie tak. Przypomnę po raz kolejny, że nie chcę się tutaj doszukiwać konkretnych osób winnych temu wszystkiemu. Jest mi jednak tak zwyczajnie po ludzku przykro. Nie wiem jaki byłby wynik tego meczu, tak samo jak nie wiem jaki wynik będzie w dniu dzisiejszy (o ile oczywiście dojdzie do meczu, chociaż innej możliwości to ja już nie widzę). Liczyłem jednak na obejrzenie dobrego widowiska. Tak samo jak Ci wszyscy wierni reprezentacji kibice zgromadzeni przede wszystkim licznie na stadionie jak i przed telewizorami. Naprawdę przykro było podczas wczorajszej transmisji oglądać te smutne twarze na stadionie. Podejrzewam, że wielu z tych ludzi do końca niedowierzało w to co miało miejsce. Trudno im się w sumie dziwić. Mnie również trudno było w to uwierzyć.

Przykre jest to, że po zorganizowaniu tak dużego turnieju jakim było bez wątpienia Euro 2012 i po (podobno) chwalebnych opiniach na temat naszych działań organizacyjnych wyszedł taki blamaż. Podczas wczorajszej transmisji przytoczone zostało porównanie do organizowania przez Anglików olimpiady. W kraju słynącym z ogromnych opadów deszczu nie doświadczyłem jakichś problemów organizacyjnych z tym związanych. Moim zdaniem wszystko zagrało (ku zdziwieniu wielu osób) tak jak miało. Dlaczego więc nam znowu musiało coś się nie udać? Dlaczego my będąc na przysłowiowym dnie zawsze musimy próbować sprawdzać czy aby na pewno nie ma nic poniżej? Niestety często udaje nam się przekonać, że można jednak upaść jeszcze niżej.

Wierzcie mi, nie jest łatwo pisać te wszystkie słowa. Samo ich pisanie boli. Jest to jednak moja subiektywna reakcja na wydarzenia wczorajszego dnia. Jako, że jednak staram się ostatnio doszukiwać choćby najdrobniejszego dobra w każdej sytuacji liczę na to, iż wyciągniemy z tej lekcji same pozytywne wnioski i uda nam się zatrzeć to poczucie niesmaku i wstydu. Najlepiej, aby udało nam się to dzisiaj na boisku. Wierzę, że tym razem nic nie zawiedzie i nasza reprezentacja wyjdzie na boisko z podniesionym czołem. Wynik meczu w tym momencie jest dla mnie rzeczą drugorzędną. Zagramy na skalę naszych możliwości. Zamierzam dziś po raz drugi zasiąść do oglądania meczu Polska – Anglia. Oby tym razem wszystko poszło sprawnie a samo oglądanie tego wydarzenia przyniosło mi wiele radości i satysfakcji.

I tym optymistycznym akcentem kończę ten zdecydowanie mniej niż zwykle optymistyczny tekst. Pozdrawiam serdecznie :-)

wtorek, 9 października 2012

W oczekiwaniu na skok z przestworzy... no i podziękowania :-)

W oczekiwaniu na skok ze stratosfery postanowiłem napisać kilka krótkich słów. Niestety ostatnio znowu się obijałem z zamieszczaniem tutaj czegokolwiek. Może po prostu nie zdarzyło się nic takiego niesamowitego z czym miałbym ochotę się tutaj podzielić. Nic jakoś ostatnio nie sprowokowało mnie do pisania. Smutne - lecz prawdziwe. No ale nie ma co się łamać :) W końcu jednak coś piszę, prawda?
Jestem pod wrażeniem naszego skoczka z Roswell. Mam nadzieję, że pomimo niesprzyjających wcześniej warunków atmosferycznych uda się oddać skok i przede wszystkim bezpiecznie powrócić na ziemię. Jednocześnie chciałbym podziękować za pierwsze sto wizyt na moim blogu. Część z nich to pewnie moje własne odwiedziny w czasie pierwszych etapów bloga i testowania go. No ale zdecydowana większość to jednak Wasze wizyty za które dziękuję. Szkoda tylko, że po lekturze nie nachodzą Was jakieś wnioski i opinie którymi chcielibyście się ze mną podzielić. Śmiało - nie ma się co krępować. Wasze wypowiedzi mogą sprowokować mnie do jakiegoś kolejnego ciekawego posta. Tak więc jeszcze raz zachęcam i zapraszam do dyskusji.
Baumgartner cały czas przygotowuje się do skoku. Kątem oka zerkam na transmisję w TVN 24. Bardzo mocno trzymam kciuki za jego sukces. Tak w ogóle to bardzo interesują mnie tego typu wydarzenia - wydarzenia bez wątpienia przełomowe, które w jakiś sposób mogą się odbić szerszym echem nie tylko w mediach. Sukces może spowodować zachętę dla innych do działania. W końcu nie od dzisiaj wiadomym jest, że sukcesy bardzo nas motywują - sprawiają, że chce nam się dalej działać i próbować.
Niestety właśnie podano, iż misja zostaje przerwana. Zbyt silny wiatr spowodował przerwanie misji w dniu dzisiejszym. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda się jednak oddać ten skok. Bezpieczeństwo człowieka jest jednak najważniejsze i doskonale rozumiem decyzję organizatorów. Mam również świadomość tego, że dla samego Baumgartnera musi to być nieco rozczarowujące. Z pewnością miał dzisiaj ochotę oddać ten skok. Ciekaw tylko jestem na jak długo misja została przerwana.
Wiem, że dzisiejszy wpis był nieco nietypowy - ale cała sytuacja związana ze startem Stratosa w jakiś sposób mnie poruszyła - tak więc tematyka się zgadza :-) Pozdrawiam Was serdecznie patrząc jednocześnie na rozczarowany wyraz twarzy Felixa Baumgartnera. Oby w końcu się udało :-) Trzymajcie się!

wtorek, 2 października 2012

Pędzące życie... czyli - gdzie się podziała nasza radość życia?

Dzisiaj na początku będzie nieco filmowo. Kto z Was miał przyjemność oglądać w niedzielny wieczór w telewizji publicznej film „August Rush”? Tytuł przetłumaczony na polski to „Cudowne dziecko”. Niekiedy mam lekki ubaw z tego w jaki sposób tłumaczone na nasz język są niektóre tytuły filmów. Z drugiej jednak strony staram się zrozumieć, iż po polsku niektóre sformułowania mogłyby wydawać się dla nas niezrozumiałe czy też po prostu śmieszne. Zadaniem tłumacza w takim momencie jest stworzenie takiego tytułu, który niejako odzwierciedla istotę i sens całego filmu. W tym wypadku z „Sierpniowego Pędu” powstało „Cudowne dziecko”. Z drugiej jednak strony w tym przypadku można było pozostawić tytuł oryginalny, gdyż August Rush to pseudonim głównego bohatera – dziecka o imieniu Evan Taylor – obdarzonego niesamowitą wrażliwością i talentem tworzenia symfonii z otaczających nas dźwięków. Więcej nie będę zdradzał. Ci którzy film widzieli wiedzą o co w nim chodzi – a Ci co nie widzieli niech obejrzą i wyrobią sobie swoje własne zdanie. Dla mnie film jest warty uwagi i sam (pomimo wielu niepochlebnych opinii na jego temat) wystawiłem mu mocną dziewiątkę w dziesięciopunktowej skali jednego z portali o tematyce filmowej.

Dlaczego jednak odnoszę się w ogóle do tego filmu? Otóż oglądając go (po raz kolejny) odniosłem wrażenie, że pewnej rzeczy zazdroszczę głównemu bohaterowi. Pomimo pewnych perturbacji losu, którego go doświadczyły – chłopiec ten czerpał niesamowitą radość życia z tego co kochał najbardziej, bez czego nie mógł wręcz żyć – z muzyki. Muzyki, która była jego ogromną pasją. Oglądając film widać tę radość życia, chłopiec wręcz nią emanuje i sprawia, że i na moich ustach pojawia się uśmiech – zarażam się jego radością. Nie wiem jak jest w Waszym przypadku, ale ja w dzisiejszych czasach rzadko kiedy widzę na czyjeś twarzy podobną radość. Owszem – w paru przypadkach takową zauważyłem. I wówczas również pojawiało się to kłujące poczucie zazdrości. Zastanawiałem się co jest w tych ludziach takiego, że potrafią odczuwać tę bezgraniczną radość? Moim zdaniem jest to pasja wykonywania tego czym się zajmują i fakt, że przynosi im to ogromne szczęście i poczucie samospełnienia. Podobną radość dostrzegłem kiedyś na koncercie pewnej irlandzkiej grupy. Wszyscy muzycy występujący na scenie byli weseli i uśmiechnięci. Widać było, że to co robią przynosi im szczęście. Odniosłem wrażenie, że nie robią tego jedynie dla pieniędzy (bo i ten powód z pewnością był istotny). Grający muzycy uśmiechali się do siebie nawzajem i zarażali tą swoją radością publiczność, która wtedy potrafiła się przyłączyć do radości przeżywania występu i docenić go gromkimi brawami.

Poczucie tej zazdrości radości życia skłoniło mnie do pewnego rodzaju przemyśleń. Gdzie się podziała moja własna radość życia? To niesamowite uczucie błogości, które bardzo często towarzyszyło mi w czasach dzieciństwa – w czasach pozbawionych praktycznie wszelkich trosk. W czasach gdy nie musiałem się niczym przejmować –ani tym czy będę miał na rachunki ani tym czy mam co do garnka włożyć. Powiecie pewnie w tym momencie – no ale zaraz – okres dzieciństwa się skończył i nadeszło prawdziwe dorosłe życie, którego nieodzownym elementem są troski, odpowiedzialność za innych itp. Oczywiście, że tak. Ale z drugiej strony z pewnością wiele razy (być może nawet w ciągu każdego dnia) świadomie lub nieświadomie tęsknimy za tymi beztroskimi chwilami dzieciństwa. Czasami gdy nawet najdrobniejszy prezent przynosił nam ogromną radość. Gdy śmialiśmy się na widok uśmiechających się do nas rodziców. Towarzysząca nam obecnie wieczna odpowiedzialność i nieodzowny stres zabijają w nas naszą radość życia.

Postanowiłem ją przywrócić do mojego życia. Odnaleźć ją w głębi swojego ja. Wydobyć na zewnątrz i sprawić by znowu stała się częścią mojego życia. Oczywiście nie zacznę nagle chodzić po ulicy z przysłowiowym „bananem” na twarzy i powodować, że mijający mnie ludzie wezmą mnie za czubka. Zamierzam po prostu emanować tą radością życia – nie tylko w sposób zewnętrzny. Chciałbym zarazić tym uczuciem jak najwięcej ludzi. Choćby poprzez pocieszanie ich w trudnych chwilach i dodawanie otuchy. W rozmowie z Wami nie mogę obiecać, że wszelkie troski odejdą niczym za dotykiem czarodziejskiej różdżki. Musimy jednak mieć nadzieję na lepsze życie – na to, że może nas spotkać w życiu coś cudownego i radosnego. No bo dlaczego by nie miało nas spotkać? W czym jesteśmy gorsi od innych? Skąd bierze się nasze uczucie braku własnej wartości?Czy to, że ktoś chce nam wmówić, że jesteśmy tacy czy owacy powoduje, że mamy takimi być? Nie! I powiedzmy to sobie jasno i wyraźnie – tak być nie musi!!! Jeśli nasze otoczenie ma na nas zły wpływ – zmieńmy je! Otaczajmy się ludźmi podobnymi do nas, którzy mają podobne zainteresowania i podobne podejście do życia. Żyjmy szczęśliwi i zarażajmy innych naszym szczęściem. Odnajdźmy naszą radość życia i dzielmy się nią ze światem. Cieszmy się z najmniejszych rzeczy. Człowiek szczęśliwy jest zdrowszy.

Życzę Wam byście odnaleźli Waszą dziecięcą radość życia i by stała się ona Waszą nieodłączną częścią. W chwili gdy czytacie te słowa spróbujcie uśmiechnąć się do osoby z którą w tym momencie przebywacie w pomieszczeniu. Powiedzcie swoim najbliższym, że ich kochacie a gdy spytają za co (choć nie powinno się tego robić) to odpowiedzcie, że choćby i za to, że są w tej chwili z Wami. Starajmy się częściej uśmiechać. Jak mówi stare przysłowie –„śmiech to zdrowie”. Powtórzę więc kolejny raz - bądźmy zdrowsi. Tym optymistycznym akcentem kończę swój wpis. Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego i pełnego szczęścia i uśmiechu dnia :-)

piątek, 28 września 2012

Nie mam na to czasu... czyli nieco o tym jak organizujemy sobie czas.

To chyba jedno z najczęściej używanych przez nas określeń – „Nie mam na to czasu…”. Ostatnio jeden z moich kolegów zapytał mnie skąd mam jeszcze czas na prowadzenie bloga, gdyż on z pewnością by tego czasu nie znalazł. No i tak zacząłem się zastanawiać nad tą kwestią. W sumie mój blog funkcjonuje od niedawna. Znalazło się tu wprawdzie już parę tekstów i statystycznie wypadam nie najgorzej. Ale skąd tak naprawdę mam czas na prowadzenie tego bloga? No i z drugiej strony czy wymaga to aż tak wiele czasu?

W moim przypadku jest tak, że bardzo często pomysł na wpis pojawia mi się w miejscach, w których nie mam dostępu do komputera. Najczęściej myśli kłębią się w mojej głowie w trakcie podróży autobusem. Pojawia się pomysł i aż by się chciało mieć pod ręką klawiaturę, aby przelać te wszystkie myśli i podzielić się nimi z Wami. Prawda jest taka, że po powrocie do domu część z tych myśli ucieka – bezpowrotnie lub do czasu następnej podróży autobusem ;-) Samo pisanie nie zajmuje mi aż tak dużo czasu. Jak już zasiądę do klawiatury to słowa jakoś samo się wstukują. No i później wychodzą czasem nieco dłuższe a czasem nieco krótsze teksty. Zależy od natchnienia :-)

Wychodzi więc na to, że z tą organizacją czasu na pisanie bloga nie jest aż tak tragicznie. Wydaje mi się, że jeśli ktoś chce się ze światem czymś podzielić to znajdzie tych kilka minut. Wystarczy raz na jakiś czas troszkę inaczej sobie zorganizować dzień – właśnie tak,by móc sobie pozwolić na tych kilka minut przy komputerze. W moim przypadku zauważyłem, że jeśli rano wstanę o dziesięć minut wcześniej to oczywiście jestem w stanie dużo więcej rzeczy zrobić, szybciej się przygotować do wyjścia z domu do pracy. Jest to oczywiście logiczne. Więcej czasu to i więcej można zrobić. No ale nie muszę chyba nikomu mówić jak ciężko jest rano podnieść się z łóżka, nie? Te dodatkowe dziesięć minut leżenia i nic nie robienia wydaje nam się niekiedy na wagę złota. Wiem – bo sam tak zazwyczaj uważam. Ale jak już uda mi się jednak wywlec moje cztery litery z łózka to doceniam ten dodatkowy poranny czas. Mam wrażenie, że mimo wszystko mój organizm nie zauważy tych brakujących dziesięciu minut na regenerację.

Wiem wiem – zaraz powiecie, że mówię tu o rzeczach oczywistych. No ale prawda jest taka, że mam tego świadomość. Niekiedy jednak nie zdajemy sobie sprawy z tego, że te dodatkowe dziesięć minut w ciągu dnia może przynieść wiele korzyści. Mało tego – te dziesięć minut potrafi niekiedy całkowicie odmienić życie :-) Posunę się tutaj nieco do ostateczności i lekkiej przesady – no ale co tam… Nawet na przykładzie różnych filmów widać niekiedy, że gdyby bohater w danej chwili nie wyszedł z domu (tylko później lub wcześniej) to być może nie stałoby mu się coś złego czy wręcz tragicznego… Tak – lekki hardcore wiem… Ale z drugiej strony ten sam bohater nie wychodząc wcześniej z domu mógłby przykładowo nie zdążyć na wcześniejszy autobus – w którym przykładowo mógłby spotkać miłość swego życia… Życie układa różne scenariusze – z pewnością wszyscy mamy tego świadomość. Posłużyłem się tu może nieco przerysowanymi schematami – ale chciałem mniej więcej zobrazować to co miałem na myśli.

Sam nie jestem mistrzem w planowaniu swojego czasu. Niekiedy kieruję się zasadą „co masz zrobić dziś zrób pojutrze – będziesz mieć dwa dni wolnego” :-) Do pewnego momentu może i wydawało się to wygodnym rozwiązaniem. Biorąc jednak pod uwagę, że ostatnio staram się nieco zmienić swoje życie to wydaje mi się, że rozsądnie będzie zrezygnować ze stosowania tej zasady. Oczywiście mam pełną świadomość, że pewnie nie przyjdzie to tak lekko i z dnia na dzień – ale jeśli uda mi się być bardziej systematycznym i konsekwentnym w swoich działaniach to ta korzystna zmiana przyjdzie sama z czasem i już ze mną zostanie. Tego w tym miejscu życzę sobie i wszystkim tym, którzy mają problemy z systematycznością. Uważam, że jest to jedna z moich najbardziej przeszkadzających mi wad. Pewnie dlatego będę starał się ją zwalczyć. Być może zaraz ktoś zapyta – skoro mam świadomość tej wady i pewnie miałem już tę świadomość od jakiegoś czasu, to dlaczego wcześniej nie postanowiłem tego zmienić? Odpowiem szczerze, że nie wiem. Być może z powodu jakiejś formy własnego lenistwa i wygodniactwa? Więc dlaczego nagle ta zmiana? Dlaczego teraz? – zapyta ktoś kolejny. Jedyna odpowiedź jaka mi się w tym momencie nasuwa to „A dlaczego nie właśnie teraz?”. Każdy moment jest dobry na to, aby zdać sobie świadomość ze swoich błędów, wad i starać się je zmienić. Każdy moment jest dobry, by zacząć zmieniać swoje życie na lepsze.

I tym optymistycznym akcentem dziękuję Wam na dzisiaj i tradycyjnie serdecznie pozdrawiam. Życzę miłego weekendu wszystkim tym, którzy tu zaglądają. A jeśli podoba Wam się to co tutaj piszę, to śmiało dzielcie się adresem tego bloga z innymi. Być może ktoś po przeczytaniu moich słów również postanowi zmienić swoje życie? Tego życzę sobie i wszystkim tym którzy tego pragną :-)

środa, 26 września 2012

Porozmawiajmy o pogodzie... czyli czy naprawdę nie mam Ci już nic do powiedzenia?

Witam serdecznie. Ostatnio się troszkę zaniedbałem i nic nie pisałem. Jakoś tak wyszło niestety, że brakowało czasu. Ale postaram się już za momencik Wam to wynagrodzić. Dzisiaj na warsztat biorę dość ciekawe zjawisko. Z pewnością wiele razy zauważyliście, że prowadzone przez Was rozmowy w pewnym momencie potrafią wejść na – niech no tak to określę – tak zwany „uniwersalny temat” –temat pogody. Z tematem tym bardzo często wiąże się przekonanie, z którego zazwyczaj zdajemy sobie sprawę nieco później lub nawet już w trakcie rozmowy. Czy mam jemu/jej jeszcze coś do powiedzenia? Czy wyczerpaliśmy już wszystkie tematy? Czy tak naprawdę niewiele mamy sobie do zaoferowania w czasie rozmowy? Czy z powodu różnic (choćby w poglądach) jakie nas dzielą nie mamy sobie już nic do powiedzenia?

Prawda jest taka, że i ja sam niekiedy powtarzam sobie te pytania. Ale z drugiej strony tak sobie myślę, że ogromne różnice w poglądach potrafią być dużym polem manewru w rozmowie. Jeśli jestem na tyle silny w swoich przekonaniach – to dlaczego nie miałby to być wstęp do (choćby nawet i zażartej) dyskusji? Często jest tak,że nasze poglądy ukształtowały się na przestrzeni wielu lat i nikt nie jest w stanie wyperswadować ich nam w trakcie jednej rozmowy. Ale z drugiej strony może warto czasem poznać czyjeś zdanie na jakiś temat? Uważam, że nikt nie jest nieomylny i wszystkowiedzący (wiadomo oczywiście poza kim). Nie bójmy się dyskutować. Jak to powiedział pewien klasyk –„warto rozmawiać” :-) I tak właśnie uważam –warto. Nie wstydźmy się swoich przekonań – choćby innym mogły się wydawać naiwne czy wręcz infantylne. Jesteśmy w końcu sami panem swojego losu. Ostatnio dochodzę do wniosku, że warto uczyć się na swoich błędach. Niekiedy pewnych rzeczy trzeba naprawdę samemu doświadczyć w życiu, by poczuć ich wartość. Często jeśli słyszymy czyjeś historie to w duchu podśmiewamy się z zachowań innych uważając wprost – „Ja w takiej sytuacji z pewnością bym się tak nie zachował”. Ale czy byłem w takiej sytuacji? Czy potrafię samego siebie na sto procent zapewnić, że na przykład w sytuacji pewnego zagrożenia nie sparaliżowałby mnie paniczny strach?

Co do nauki na swoich błędach to oczywiście nie namawiam tu nikogo do jakichś sytuacji ekstremalnych. Z drugiej strony nie znam chyba nikogo takiego, kto decydując się na pewne zachowanie wiedziałby z góry, że popełnia błąd, który będzie go kosztował naprawdę sporo. Człowiek jest jednak niekiedy zmuszony do pewnych ogromnych wyrzeczeń i musi podejmować pewne decyzje, których ryzyko jest mu z góry znane. Nikomu jednak tego nie życzę. Nie jest łatwo tak do końca to wszystko wytłumaczyć. Podejście do tego tematu jest z pewnością kwestią indywidualną i wiele osób może się nie zgodzić z tym wszystkim co tu piszę. Po raz kolejny jednak zapewniam, że w tym miejscu moim celem jest przedstawienie mojej wizji wszechświata :-) Patrząc z perspektywy lat sam dostrzegam pewne sytuacje, które wolałbym inaczej przeżyć. Pewnych wyborów nie da się również cofnąć. Ale to te sytuacje i te wybory w pewien sposób ukształtowały mnie takim jakim jestem. A na chwilę obecną sytuacja wygląda tak,że lubię siebie właśnie takim.

Wracając jeszcze na chwilkę do pogody. Sam każdego dnia rano sprawdzam na dwóch portalach pogodowych co mnie dzisiaj czeka na dworze. Na dzisiaj nie zapowiadali deszczu… uffff…. :-) Wiele razy podśmiechuje się w duchu, że jeśli w rozmowie z kimś zejdziemy na temat pogody to będę przynajmniej na bieżąco :-) Z uwagi na fakt, że ostatnio staram się jednak zmienić swoje nastawienie do pewnych rzeczy, to zacząłem w tym „temacie uniwersalnym” szukać tego „większego dobra”. Z reguły – przynajmniej w moim przypadku – temat pogody prowadzi nieubłagalnie do końca dialogu. Zazwyczaj po wymianie poglądów atmosferycznych rozmowa się kończy – a jej uczestnicy się rozchodzą. Chyba, że nastąpi pewnego rodzaju przełom. Przełom ten może być spowodowany choćby wprowadzeniem do gry nowego gracza – pojawi się kolejny rozmówca, który spowoduje ponowne ożywienie dialogu. Sam jednak zamierzam albo ograniczyć rozmowy na „temat uniwersalny” albo wręcz spróbować go wykorzystać na korzyść rozmowy. Przykładowo – niech opisanie dzisiejszej pogody spowoduje uruchomienie mojej pamięci. Dzisiaj wrześniowe słoneczko przebijające się nieśmiało przez okna nastraja mnie pozytywnie do świata. Dzisiaj świeci słońce – a rok temu mniej więcej o tej porze przykładowo padał deszcz. No ale to przecież dokładnie rok temu byłem z moim rozmówcą na piwie/kawie/pizzy. Rozmawialiśmy o tym i o tamtym. Zastanawialiśmy się co się dzieje z Kryśką/Romanem/Stefanem. A w sumie to ciekawe co tam u nich. Porozmawiajmy właśnie o nich. Zapoczątkujmy nowy temat. Kontynuujmy rozmowę. Jeśli tylko mamy tego możliwość i mamy na to czas. Ale szukajmy tego czasu. Nie strońmy od innych ludzi. Wymieniajmy się poglądami, doświadczeniami. Naprawdę warto.

No chyba, że jesteśmy już do kogoś tak bardzo uprzedzeni, że nie widzimy sensu w rozmowie z nim. Ale z drugiej strony dlaczego jesteśmy uprzedzeni? Czy ten ktoś wyrządził nam aż taką krzywdę? Czy nie jest warty tego byśmy poświęcili mu trochę czasu? Nawet jeśli jesteśmy skonfliktowani z tą osobą – to może warto zrobić sobie pewnego rodzaju rachunek tego czy ten konflikt ma nadal sens? Może nasz niedoszły adwersarz sam nie ma odwagi by wyciągnąć do nas rękę na zgodę? Więc my to uczyńmy. Nauczymy się żyć w zgodzie z innymi. Człowiek jest istotą społeczną. Tak jak my potrzebujemy innych ludzi do prawidłowego funkcjonowania – tak i oni potrzebują nas. Nie zamykajmy się na nowe wyzwania i nowe znajomości. Może któraś z tych znajomości odmieni nasze życie?

Pozdrawiam Was ciepło i serdecznie w ten słoneczny wrześniowy poranek i zachęcam do komentowania. Jakie jest Wasze zdanie na ten temat? POROZMAWIAJMY :-)

piątek, 21 września 2012

"Niestety nie ma"... czyli - bo książka była zbyt nowa

Wczoraj spotkałem się z zupełnie nowym zjawiskiem, o którym postanowiłem napisać tu parę słów. Ten wpis pewnie będzie zdecydowanie krótszy niż poprzednie – no ale jakoś nie daje mi to spokoju i muszę to z siebie wyrzucić – przelać przez palce do klawiatury i docelowo na bloga…

Wczorajszy dzień mógłbym śmiało określić jako „niewypał literacki”. Jak już pisałem na wstępie – to dla mnie zupełnie nowe zjawisko. Ostatnimi czasy ukazała się na rynku pewna książka, którą chcieliśmy z moją lepszą połową sobie przejrzeć pod względem zawartości. Nie będę się wdawał w szczegóły lecz z kolei zamierzam nieco uogólniać. Szczegóły nie są istotne –ważny jest sam sens. Tak więc wracając do książki… Jest to pozycja, że tak powiem „branżowa” – tak więc nie jest dostępna w każdej księgarni. Jako, że znam troszkę miasto to wiedziałem mniej więcej gdzie szukać…

I tu pojawił się mój pierwszy błąd. Od czasu do czasu najlepiej zweryfikować pewne swoje informacje. Od pewnego czasu nie zaglądałem już do pewnej księgarni, którą miałem w zwyczaju od czasu do czasu odwiedzać w celu zakupu tych „branżowych” książek. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że… w tamtym miejscu księgarni już nie ma. Została przeniesiona praktycznie na drugi koniec miasta. Niestety był to mój główny cel poszukiwań jeśli chodzi o potencjalną lokalizację książki. No nic… niezrażeni (jeszcze) postanowiliśmy sprawdzić jeszcze inne miejsca.

Niestety w Empiku książki również nie było… Zamówienie nie zostało jeszcze zrealizowane, w systemie książki nie ma – tak więc na sto procent nie będzie jej również na półce. Mniej więcej taką informację otrzymaliśmy od pani sprzedawczyni. Hmmm… robiło się nieciekawie. Drugi pewniak lokalizacyjny upadł. Na końcu pani sprzedawczyni powiedziała jeszcze, że z uwagi na fakt, iż jest to książka pewnego konkretnego wydawnictwa – to może być ona jeszcze dostępna w jednej księgarni…

Kolejny wyznaczony cel podróży – właśnie ta jeszcze jedna księgarnia, w której też już od pewnego czasu nie byłem. Baaa… nie pamiętałem nawet dokładnie jej nazwy. Mijając pod drodze dwie inne księgarnie (które z miejsca wykluczyłem) dotarliśmy na znane mi miejsce lokalizacji. I tu powielił się praktycznie mój pierwszy błąd hehe… Księgarnia przeniesiona – na szczęście tym razem znacznie bliżej – a dokładnie w miejsce jednej z wykluczonych przeze mnie księgarni. Pomyślałem, iż chyba wyczerpaliśmy już limit „literackiego pecha” i ochoczo ruszyliśmy w kierunku celu.

Na miejscu okazało się, że… oczywiście, co? Książki nie ma. Jest to nowa pozycja a księgarze ostatnie zamówienie do wydawcy składali… trzy miesiące temu… Chyba przekleństwem tej książki jest fakt, iż jej premiera była pod koniec ubiegłego miesiąca. Nikt jej jeszcze nie ma – bo jest zbyt nowa. Jakoś dziwnym trafem nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją. Wydawnictwo jest (przynajmniej takie jest moje zdanie) renomowane a książka praktycznie nie dostępna. Fakt – nie są to jakieś przygody młodego czarodzieja czy jakiś poczytny romans… no ale jednak. Podejrzewam, że w tej pierwszej przeniesionej księgarni mógłby pojawić się podobny problem. Książka ta nie jest również dostępna w żadnej bibliotece. Z pewnością również dlatego, że jest zbyt nowa…

No i to by było na tyle. Po nieudanej wyciecze wróciliśmy do domu wybitnie rozczarowani.

Pozdrawiam serdecznie :-)

środa, 19 września 2012

Kłopot z oknami... czyli podaj kolejne sześć cyfr.

W sumie to nie miałem w planach nic dzisiaj pisać. Ostatnio jestem dość mocno zarobiony i w związku z tym miałem sobie zrobić dzisiaj dzień przerwy od bloga. No ale życie układa czasem nieco inne scenariusze i biorąc pod uwagę wydarzenia wczorajszego popołudnia postanowiłem zmienić zdanie…

Wczorajszy dzień nie należał do zbyt miłych i był dosyć nerwowy. Miałem nadzieję, że chociaż po powrocie do domu troszkę się wyciszę i uspokoję. W końcu między innymi temu służy cisza domowego ogniska, czyż nie? No i z początku wszystko było bardzo miło. No ale do czasu… Do czasu gdy nie siadłem do komputera aby nad czymś popracować. Z początku wszystko dobrze, system się załadował i nic nie wskazywało na jakikolwiek problem. Ostatnio przeinstalowywałem system tak więc nie miałem jeszcze wszystkiego przywróconego do stanu sprzed reinstalacji – ale większość programów (tych najważniejszych dla mnie) udało mi się już przywrócić. Zająłem się sprawdzeniem poczty. W pewnym momencie w prawym dolnym rogu wyskoczyła mi „chmurka” z informacją, iż trwa aktywowanie systemu Windows. Pomyślałem – no tak – jeszcze nie zdążyłem go aktywować po instalacji. Za momencik system się aktywuje i będzie wszystko ok. No ale nie było. Po chwili wyskoczyła kolejna „chmurka” z ulubionym komunikatem pod nazwą „błąd”. Pewnie jakiś problem z internetem albo za dużo aplikacji otwartych więc system głupieje (co niekiedy też się zdarzało). No to reset. Sposób dobry na prawie wszystko (bo sposób dobry na wszystko to tradycyjny format c: :D). Po resecie to samo. Hmmm… Może pomyliłem się przy wpisywaniu klucza przy instalacji systemu. No to wpiszemy jeszcze raz. Nadal nic... Komunikat w stylu „Twój klucz programu jest już używany” napędza czarne myśli. Zwłaszcza w czasach, gdy różni ludzie są w stanie wykraść różne informacje z Twojego komputera bądź też potrafią posłużyć się Twoim kluczem programu…

Napięcie rosło. Wcześniejsze wydarzenia dnia spowodowały, iż poczułem się jakbym wygrał w kumulacji. Niestety nie była to kumulacja totka – tylko kumulacja negatywnych wrażeń i wydarzeń. Zacząłem się lekko denerwować. Wiadomo, iż wtedy zdarza się, że człowiek racjonalnie nie myśli. Czas sięgnąć do wyszukiwarki i wpisać hasło w stylu „problem z aktywacją windows”. Olśnienie! Na jednym z internetowych forów znalazłem informację, iż system elektronicznie mogę aktywować jedynie 5 razy. Później pozostaje już tylko aktywacja telefoniczna.

No to spróbujmy. Dwa numery telefonów. Infolinia (801 o ile dobrze pamiętam) i stacjonar na warszawskim numerze (normalnie płatny). Opcja sms niedostępna. Z braku stacjonara pod ręką zdecydowałem się na opcję droższą niestety. Chwyciłem za komórkę i wybrałem numer. Po drugiej stronie usłyszałem damskim głos witający mnie słowami w stylu „Witamy w centrum obsługi firmy Microsoft” (już dokładnie nie pamiętam – ale coś w ten deseń). Jeśli chcesz aktywować zainstalowany system naciśnij „1”. Jeśli jesteś użytkownikiem domowym naciśnij „1” (hmmm… ciekawe ile jeszcze tych „jedynek”). Głos zmienił się na męski. Kolejne instrukcje. Moja irytacja nasilała się. W związku z tym przestałem chyba racjonalnie myśleć. No i nie bardzo wiedziałem co mam zrobić dalej hehe… Coś ewidentnie przyciemniło mój tok myślenia… W nerwach rozłączyłem się…

Pomyślałem – kurde, muszę to jakoś jednak odpalić. W tym momencie powiedziałem sobie „Chłopie –weź się w garść i uspokój. W nerwach nic dobrego nie zrobisz”. Wybrałem po raz kolejny numer, powciskałem „jedynki” – no i mnie olśniło hehe. „Jedynie spokój nas uratuje” – jest chyba takie przysłowie (albo coś w tym stylu) – a jeśli nie ma to powinno być :-) Cała instrukcja jest dość prosta. Przy telefonicznej aktywacji systemu mamy na ekranie wyświetlone (chyba) osiem sześciocyfrowych ciągów, które należy zgodnie z instrukcją po kolei wklepywać przez telefon (średnia jak dla mnie przyjemność robić to przez dotykowy telefon – wciąż chyba jednak nie mogę się do niego przyzwyczaić). Później – po weryfikacji naszego klucza produktu – otrzymujemy kod, który należy wpisywać na ekranie komputera (bodajże osiem sześciocyfrowych ciągów). Na szczęście czynność odsłuchania kolejnych ciągów można powtarzać, gdyż przyznam, że dość szybko są one podawane. Po zakończeniu wpisywania wystarczy kliknąć na dole zakończ (bądź dalej – już nie pamiętam ;-) i czekać na komunikat o poprawnej aktywacji systemu. Oczywiście komunikat wyświetli się jeśli wszystko zrobiliśmy poprawnie :-) Na szczęście w moim przypadku tak było.

Przyznam, iż lekkie skupienie, które było wymagane przy tej aktywacji, spowodowało chyba, iż nieco ukoiłem w końcu nerwy. Reszta wieczoru przebiegła już spokojnie (między innymi na obejrzeniu kolejnego odcinka „M jak miłość” hehe). Wychodzi na to, że skupienie = uspokojenie :-) W sumie sam do końca nie wiem czy przekroczyłem liczbę aktywacji elektronicznych czy też (bo i z taką opinią się spotkało) zbyt szybko po raz kolejny przeinstalowywałem system (ostatnio robiłem to chyba niestety niecały miesiąc temu). Na szczęście wszystko już gra i buczy :-) I tym optymistycznym akcentem – kończę na dzisiaj. Pozdrawiam serdecznie :-)